Duży w podróży

Kajakiem przez Polskę – Dzień 5: Deszczowa piosenka

Jedliśmy śniadanie wsłuchując się w muzykę dobiegającą z przenośnego radyjka. O godzinie siódmej przywitały nas poranne fakty, a tuż po nich wyczekiwana prognoza pogody. Słuchaliśmy jej codziennie, chociaż i tak wiedzieliśmy, że trzeba brać mocną poprawkę na te radiowe „przepowiednie”. Pogoda na Wiśle bardzo często okazywała się nieprzewidywalna, a doniesienia zwykle były lakoniczne i nieprecyzyjne. Tak czy inaczej dowiedzieliśmy się, że niestety cały dzień zapowiadał się pochmurny i deszczowy, a temperatura sięgnąć miała ledwie piętnastu kresek. Jak na ironię, ta prognoza sprawdziła się wtedy wyjątkowo dobrze.

Dzień był brzydki, ponury, nieprzyjemny. Melancholia lała się z nieba, płynęła razem z Wisłą i siedziała w każdym zakamarku na brzegach. Dominowały okropne szarości i czernie, wśród których rozlewała się rzeka koloru błota. Podążaliśmy przed siebie w milczeniu, słuchając kropel uderzających o sztormiaki. Fartuchy szczelnie przykrywały oba kokpity kajaka, dając tym samym ochronę od deszczu oraz izolując nogi przed zimnem. W takich warunkach tylko wiosłowanie było jedyną możliwością przetrwania nieznośnego chłodu. Nie zawsze przychodziło to z łatwością, ale musieliśmy sprostać również takim wyzwaniom.

Po niecałych dwóch godzinach minęliśmy Baranów Sandomierski. Niewielkie miasteczko, oddalone od Wisły o ponad kilometr, rozwijało się niegdyś dzięki handlowi zbożem. Dopiero z czasem mieszkańcy zaczęli trudnić się rzemiosłem, a szczególnie sukiennictwem. Na przełomie XVI i XVII wieku wybudowano w Baranowie zamek, który ze względu na podobieństwo nazywany jest dzisiaj Małym Wawelem. Przechadzając się po dziedzińcu i krużgankach można faktycznie odnieść wrażenie, że budowniczowie i architekci dość mocno inspirowali się krakowską siedzibą królów.

Wpłynęliśmy na tereny będące kiedyś głównym ośrodkiem wydobycia siarki w Polsce. Do dzisiaj została tylko jedna czynna kopalnia, która jest zarazem ostatnim zakładem tego typu na świecie. Dawne wyrobiska zostały poddane rewitalizacji i przekształcone w rekreacyjne zbiorniki wodne. Takim jest Jezioro Tarnobrzeskie, które powstało dzięki zalaniu kopalni odkrywkowej wodami Wisły. Jego głębokość sięga nawet 42 metrów. Różne kosztowne zabiegi zapobiegły przenikaniu siarki przez dno, dzięki czemu zalew ma w dziewięćdziesięciu procentach wodę klasy pierwszej. Przejrzysty zbiornik jest rajem dla amatorów nurkowania i stanowi niezwykłą atrakcję podczas pobytu w okolicach Tarnobrzegu.

Teren nad Wisłą w samym Tarnobrzegu nie zmienił się ani trochę od czasu mojej ostatniej wizyty. Ten sam prom, ta sama zaniedbana przystań WOPR, która istnieje chyba tylko dzięki uporowi lokalnych wodniaków, powyżej restauracja Fregata i droga prowadząca do miasta. Brzegi zupełnie puste, jeśli nie liczyć kilku samochodów oczekujących na przeprawę. Czas zatrzymał się tu dawno temu. Mało kto interesuje się rzeką, brak infrastruktury, brak chętnych do spędzania czasu nad wodą. Nawet sami włodarze chyba niespecjalnie mają pomysł na zagospodarowanie tych terenów.

Około południa dotarliśmy do Sandomierza, w pobliże nowej przystani wodnej. Oblegane zazwyczaj statki wycieczkowe stały tym razem zacumowane przy brzegu i świeciły pustkami. Kapitanowie tychże jednostek przechadzali się bulwarami z nadzieją, że wkrótce pojawi się jakaś grupa turystów spragniona wodnych atrakcji i będzie chętna na zasmakowanie „przygody”. Był Dzień Dziecka, a miasto przygotowywało właśnie na terenie przystani całą masę atrakcji dla małych „jubilatów”, więc szansa na zarobienie paru groszy mogła być całkiem realna. Niestety nie zanosiło się na duża frekwencję, bo pogoda skutecznie zniechęcała do przyjścia nad wodę.

Kapitan jednego ze statków skierował nas w stronę kanału prowadzącego do niedużego portu rzecznego. Po chwili ujrzeliśmy pomosty wyposażone w jaskrawopomarańczowe koła ratunkowe, między którymi znajdowało się kilka niewielkich jednostek pływających. Na samym końcu portu turystów kusiły rowerki wodne w kształcie łabędzi. Teren wyglądał schludnie i przyjemnie. Widać było, że miasto skupia swoją uwagę nie tylko na zabytkowej starówce, ale zapewnia odwiedzającym cały wachlarz możliwości, z atrakcjami nad Wisłą włącznie.

Przystań i port zostały wyremontowane po ostatniej powodzi w 2010 roku, a budynek należy teraz do Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wydaje się to świetnym pomysłem na rozwinięcie kulejącej żeglugi śródlądowej, a jednocześnie daje możliwość wykorzystania przystani również do wielu innych celów. Znaleźć tu można między innymi plac zabaw, wypożyczalnię sprzętu wodnego, a także miejsce do spacerów i wypoczynku. Cieszy również fakt, że każdy wodniak przemierzający szlak Wisły ma możliwość bezpłatnego skorzystania ze slipu, toalety i pryszniców. W skali tysiąca kilometrów jest to naprawdę rzadkość.

Przemoczeni i wyziębieni weszliśmy do łukowatego budynku, wyglądem przypominającego konstrukcję mostu zawieszonego nad rzeką. Skierowaliśmy się od razu w stronę toalet. Zdjęliśmy mokre sztormiaki, podpięliśmy telefony do gniazdek i ogarnęliśmy się przed dalszą drogą. Przy wejściu stał automat do kawy – wzięliśmy więc po kubku gorącego napoju i wyszliśmy na wąski taras. Przyjemne ciepło rozeszło się od środka po całym organizmie, kiedy łapczywie wlewaliśmy w siebie herbatę. Spoglądaliśmy w kierunku południowym, gdzie ciemne chmury dotykały pasa drzew. Przed nami brukowany bulwar zlewał się z kolorem Wisły płynącej kilkanaście metrów dalej. Widok nie był zachęcający. Na samą myśl o powrocie do kajaka dostawałem dreszczy na całym ciele.

Chwilę przed czternastą pożegnaliśmy pochmurny Sandomierz. Mieliśmy przed sobą zaledwie 25 kilometrów wiosłowania, aby osiągnąć założony dystans na ten dzień. Początkowo szło dość opornie, ale wkrótce rozgrzaliśmy się do tego stopnia, że dwie godziny uciekły jak z bicza strzelił. Minęliśmy dopływ Sanu, gdzie niechcący osiedliśmy na mieliźnie, a potem w strugach deszczu przybiliśmy do Zawichostu.

Sam Kazimierz Wielki wybudował w tym niedużym miasteczku ceglany zamek na miejscu drewnianego grodu. Warownia znajdowała się na wyspie i skutecznie broniła przeprawy przez rzekę. Stanowiła jeden z potężniejszych obiektów obronnych w całej Polsce. Niestety w drugiej połowie XVII wieku wojska szwedzkie wtargnęły do Zawichostu, splądrowały miasto i spaliły twierdzę zostawiając po sobie tylko zgliszcza. Mury częściowo rozebrano, a wielokrotne powodzie doprowadziły do całkowitego zniszczenia pozostałości zamku. Obecnie wyspa widoczna jest tylko przy bardzo niskich stanach wód. Według relacji mieszkańców jeszcze kilka lat temu można było zobaczyć fragmenty dawnej twierdzy. Niestety nieustanny napór wody pogrzebał już szczątki historii na zawsze.

Kiedy dotarliśmy do celu natychmiast zabraliśmy się za rozkładanie namiotu. Rozległa plaża posiadała wiele atrakcyjnych miejsc na nocleg, jednak szybko wybraliśmy to położone najdalej od wody, w pobliżu zarośli i niewidoczne na pierwszy rzut oka. Wystarczyło pięć dni wspólnej podróży abyśmy mieli już wprawę w organizowaniu biwaku, dlatego pół godziny po wyjściu na ląd wszystko było dopięte na ostatni guzik, a my przebieraliśmy się w ciepłe i suche ubrania.

Po całym dniu ciężkich warunków pogodowych zwykły namiot, śpiwór i karimata dawały poczucie bezpieczeństwa. Od zimna oddzielały nas tylko dwa kawałki materiału, od domu dzieliło nas ponad dwieście kilometrów, ale było nam wygodnie, ciepło i nie martwiliśmy się już o nic. Gdy gotowaliśmy wodę na kolację i słuchaliśmy ponownie tego samego przenośnego radyjka, wydawało się, że nic więcej do szczęścia nam nie potrzeba. To było coś, co w tamtej chwili miało dla nas największe znaczenie – gorąca herbata, ciepła ubrania i kawałek dachu nad głową. Nawet pięciogwiazdkowy hotel nie mógł wtedy równać się z naszym niewielkim, przenośnym domem.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

1 komentarz