Duży w podróży
Dzień 3: Armagedon

Dzień 3: Armagedon

Namiot przymocowany był na trzech śledziach wbitych w pośpiechu w ziemię. Dwa pałąki, na których wisiała wewnętrzna płachta, zupełnie nie trzymały symetrii. Tropik został w kajaku, bo nie było czasu go zakładać – wygłodniałe komary siadały na mnie chmarami szukając wolnego miejsca na odsłoniętych częściach ciała. Cała konstrukcja przypominała raczej domek z amerykańskich slumsów niż turystyczny namiot służący odpoczynkowi w warunkach polowych. W środku, za zasuniętą moskitierą, leżała część ekwipunku bez ładu i składu oraz siedziałem ja, z nadzieją że nadchodzące chmury przejdą gdzieś bokiem. Od upału pot lał się ze mnie strumieniami, a ciężki oddech przypominał o wysiłku, jaki włożyłem przed chwilą w rozbicie namiotu.

Obserwowałem jak krwiożercze owady próbują dostać się do środka. Nic z tego – moskitiera stanowiła skuteczną barierę i nie zamierzała przepuścić ani jednego, najmniejszego komara. Był czas na codzienną kolację, a ja siedziałem bez sił i zastanawiałem się co dalej. Wtem dobiegł dźwięk przychodzącego smsa – to Kasia wysłała mi wiadomość o zbliżających się gwałtownych burzach nad okolicą, w której się znajdowałem. Wiedziałem o tym dobrze, bo od kilkunastu minut widać było rozświetlające się od błyskawic niebo, w tempie któremu nawet Kałasznikow nie dorównywał. Pioruny bezgłośnie przecinały ciemne niebo ujawniając obecność wielkich, kłębiastych chmur, z których lada chwila na ziemię miał spaść ulewny deszcz.

Nie tracąc ani chwili ruszyłem na zewnątrz mocować solidnie namiot i mając gdzieś komary pokrywające każdy wolny kawałek ciała. W ciemności znalazłem mocowania, w które błyskawicznie trafiły śledzie. Zaczął wiać silny (jak mi się wtedy wydawało) wiatr, a ja walczyłem o utrzymanie dużej, nieprzemakalnej płachty chroniącej wnętrze namiotu przed deszczem. Komary, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły. Nie wiem jak udało mi się przymocować tropik do gruntu, ale nie zamierzałem bawić się w montaż wejścia. Tam, gdzie miało się ono znaleźć, pojawiły się ostatnie śledzie jakimi dysponowałem. Jeśli ten namiot miałby pofrunąć w powietrze to tylko z pokaźnym kawałkiem ziemi, do której był przymocowany. Nie byłem jednak całkowicie przekonany co do wytrzymałości tej konstrukcji, ale innego wyjścia już nie było. Kajak wylądował na boku podparty kawałkiem patyka jaki udało mi się znaleźć, a cały ekwipunek został wrzucony do środka namiotu. Gdy wszystko było już należycie zabezpieczone do środka wczołgałem się i ja.

Zaczął wiać silny wiatr. Napierał na wschodnią część namiotu z taką siłą, że wnętrze zmniejszyło się o połowę. Czym prędzej rozłożyłem wszystkie części ekwipunku w taki sposób, by chociaż trochę obciążyć „podłogę”. Do kieszonek z każdej strony włożyłem po pełnej butelce wody, aby wnętrze nie stykało się z tropikiem. Robiłem tak często, bo nawet nad ranem obie części materiału potrafiły się skleić od wilgoci. Karimatę rozłożyłem po przekątnej i sam położyłem się na niej w śpiworze.

Zdawało się, że pałąki namiotu pękną lub złamią się od potężnego wiatru. Trzymały się jednak dzielnie i nie ustępowały, choć całość praktycznie składała się do środka. Widziałem dokładnie jak namiot kurczy się pod wpływem żywiołu, bo od piorunów robiło się jasno jak w dzień. Nie musiałem długo czekać na pierwsze grzmoty oraz ulewę. Gromy waliły dookoła, a ja przecież byłem na otwartej przestrzeni! Dookoła nic, oprócz wału przeciwpowodziowego, choć na tamtą chwilę czułem się dzięki niemu troszeczkę bezpieczniej. O ile można powiedzieć, że bezpiecznie jest w namiocie podczas takiej wichury. Nie wstydzę się powiedzieć – bałem się jak nigdy dotąd. Wszystko trwało już dobre dwie godziny i nie zamierzało ustąpić. Do środka dostała się woda mocząc śpiwór w jego dolnej części. Leżałem na delikatnym wzniesieniu, więc kałuża robiła się tylko w jednym rogu. Próbowałem zasnąć – nic z tego. Nawet, gdy zamykałem oczy widziałem przez powieki światła piorunów. Chyba znalazłem się na styku frontów.

Podskoczyłem, gdy w pobliżu powietrze przeszył ogromny huk pioruna. Uderzył na tyle blisko, że na całym ciele czułem drgania – i to nie tylko ze strachu. Chwilę później po przeciwnej stronie takie samo uderzenie. Nagle wszystko ustało – tylko wiatr dął dalej obijając się o mój namiot. Było około drugiej, ale usnąłem pół godziny później, mając pewność, że jestem już w miarę bezpieczny.

O 5:30 zamek namiotu rozsunął się. Wystawiłem głowę na zewnątrz i zaspanymi oczyma chciałem ogarnąć sytuację. Wisła płynęła dalej na takim samym poziomie jak dzień wcześniej. Kajak – o dziwo – wytrwał w swoim bocznym położeniu i wyglądało na to, że ma się całkiem dobrze, czego nie można było powiedzieć o moim samopoczuciu. Wieczorem nie zjadłem kolacji, byłem przemęczony, niewyspany i ewidentnie robiło mi się słabo. Zawroty głowy spowodowane wydarzeniami minionej nocy nie napawały mnie optymizmem. Wyczołgałem się z namiotu. Dopiero z zewnątrz zobaczyłem, że dostał on solidny wycisk. Rzuciłem lekceważąco okiem w stronę komina cegielni, a potem na drugi brzeg, gdzie zobaczyłem wędkarza. On przynajmniej spał tej nocy spokojnie.

Dociągnąwszy kajak do brzegu, po podwójnym śniadaniu, ruszyłem w dalszą podróż. Przed wypłynięciem naładowałem się jeszcze kaloriami z nadprogramowej czekolady. Musiałem zrobić coś, żeby poczuć się lepiej. I faktycznie – organizm przyjął bombę kaloryczną nadzwyczaj szybko. Wiosłowanie szło też sprawnie, martwiłem się tylko o mój śpiwór. Podczas podróży nie było szans go wysuszyć, a przecież całą noc leżałem w kałuży. Dodatkowo pogoda tego dnia nie była najlepsza. Chmury szczelnie przykrywały niebo, choć miało to też swoje niezaprzeczalne plusy. Płynąłem w polarze i nie było mi ani zimno, ani gorąco.

– Gdzie płyniesz!? – z lewego brzegu dobiegł jakiś głos.
Grupka wędkarzy ze zdziwieniem patrzyła jak przemierzam kolejne metry z nurtem.
– Do Gdańska! – krzyknąłem na tyle głośno, by szum wody nie zagłuszył moich słów.
– O kurczę!* Ile to będzie kilometrów?
– Jeszcze jakieś osiemset. Rzut beretem.
Wędkarze popatrzyli po sobie robiąc wielkie oczy. Nie wiem co mówili, ale wyraźnie było widać, że są poruszeni całą sytuacją.
– No to konkretnie masz zryty ten beret. Powodzenia!
– Dziękuję.
– Uważaj dalej, bo Wisła przerwała wały. I nie dziękuj.
– Nie jestem przesądny… – odparłem i zabrałem się do wiosłowania.

Machałem wiosłem tego dnia już 19 kilometrów i zamyślony wsłuchiwałem się w pluskanie Wisły. Na tym etapie było to niezwykle ważne, ponieważ nurt w każdej chwili mógł mnie ponieść nie tam, gdzie sobie tego życzyłem. Co prawda kilka przeszkód zaznaczonych w moim kilometrażu było głęboko pod wodą, ale wzmożona czujność gwarantowała mi bezpieczną podróż. Przynajmniej na tyle, by nie mieć niepotrzebnych kłopotów.

Minąłem kolejny zakręt, machnąłem kilka razy wiosłem i usłyszałem krzyki dobiegające z brzegu. Zdziwienie wymalowało się na mojej twarzy. Nie miałem pojęcia kto to może być. A może to tylko przypadek, a postać nie macha do mnie tylko do kogoś innego? Chwilę później wszystko się wyjaśniło. To rodzice przyjechali nad Wisłę robiąc mi jednocześnie wielką niespodziankę. Nie pozostało mi nic innego jak zrobić w tym miejscu dłuższą przerwę, odpocząć i posilić się pyszną kiełbaską przywiezioną prosto z domu. Uzupełniłem też zapasy wody, choć akurat nie narzekałem na jej brak. Mimo wszystko oszczędzało mi to poszukiwań sklepu, przez co skupiać mogłem się na pokonywaniu Wisły.

Rozmawialiśmy dosyć długo. Opowiadałem o dotychczasowych przygodach, bobrach, zatorach, przenoskach i strasznym upale. Wspomniałem też o burzy, która zmęczyła mnie tej nocy i o planach na dalszą drogę. Wreszcie przyszła pora na mnie i musieliśmy się pożegnać wymieniając się uściskami. Chcąc nie chcąc musiałem ruszać dalej, choć mógłbym już teraz bez końca opowiadać o przygodach kilku pierwszych dni. Będąc na środku Wisły odwróciłem się jeszcze i pomachałem, po czym zniknąłem za kolejnym zakrętem.

Kilka kilometrów dalej czekała na mnie piękna łacha piachu. Skorzystałem więc z okazji i w pięknym słońcu rozłożyłem śpiwór. Suszenie nie trwało długo, ale lepsze to niż nic. Jak się później okazało w mokrym śpiworze musiałem przespać jeszcze sześć kolejnych nocy. Zrobiłem też małe pranie, po czym ruszyłem znów przed siebie.

Kupując kajak wcale nie byłem przekonany co do przydatności steru przymocowanego na rufie. „Ot, zwykły gadżet, chwyt marketingowy, niepotrzebny balast” – myślałem wtedy. Teraz odkryłem zalety pływania z opuszczonym sterem. Kajak stawał się bardziej stabilny, utrzymywał kierunek płynięcia, nie chybotał się i nie poddawał się nurtowi z taką łatwością. Czuć było wyraźnie, że można kontrolować całą jednostkę bez niepotrzebnych ruchów. Spodobało mi się. Ewidentnie zaprzyjaźniłem się ze sterem.

Minąwszy Opatowiec, w którym z domków postawionych na brzegu ktoś pomachał w moim kierunku, znów zrobiłem przerwę. Wisła powiększyła się znacząco za sprawą prawego dopływu – Dunajca. Znam tą rzekę głównie ze spływów flisackich, które chyba zaraziły mnie wodnymi atrakcjami. Teraz było ich co niemiara, gdyż Królowa Polskich Rzek stawała się coraz większa i w niczym nie przypominała „strumyczka” w Goczałkowicach. Rozlana szeroko podróżowała tu nieco wolniej, lecz umiała pokazać pazurki. Podsuszyłem znów śpiworek, zjadłem obiad i odpocząłem na gorącym piasku. Było mi tak dobrze, że nie chciałem płynąć dalej.

Po 74 kilometrach namiot stanął w najbardziej suchym miejscu błotnistego brzegu. Muł był wszędzie, lecz z pełną odpowiedzialnością wybrałem to miejsce. Za wałem przeciwpowodziowym widziałem kawałek dachu, a dookoła wysokie drzewa chroniły mnie od wiatru i burzy. Tym razem wypróbowałem nowy sposób na chmary komarów. Jeszcze przed rozbiciem namiotu posmarowałem się grubą warstwą preparatu na te wkurzające „gryzonie”. O dziwo czekała mnie wielka niespodzianka. Nie wierzyłem w skuteczność takich kremów, ale ten działał bardzo dobrze. Spokojnie starczał na rozłożenie domku, wrzucenie do niego ekwipunku i przygotowanie wszystkiego na zbliżającą się noc.

Akumulatory były na wyczerpaniu, więc wyruszyłem na drugą stronę wału. Szybko znalazłem się na podwórku jednego z domów, przy którym na werandzie siedziało dwóch mężczyzn. Zapytałem grzecznie, czy jest możliwość naładowania akumulatorów i wytłumaczyłem w jakiej jestem sytuacji.
– Pewnie, że tak – odparł jeden z nich – Ten pan jest na rencie, więc nie rusza się stąd praktycznie w ogóle.
– Możesz zostawić cały sprzęt, a rano sobie go odbierzesz – wtrącił się właściciel domu.
Uzgodniłem godzinę odbioru, pytając przy okazji czy nie będzie kłopotem jeśli zgłoszę się po wszystko o siódmej. Gospodarz z uśmiechem oznajmił, że wstaje już o szóstej i mogę przyjść kiedy mi będzie pasowało.
– Zostań jeszcze z nami, siadaj. Gdzie płyniesz? Skąd jesteś? – obaj zasypali mnie gradem pytań.
Z uprzejmości zostałem pół godziny, choć z niepokojem rozmyślałem o moim ekwipunku po drugiej stronie wału. Mili ludzie opowiedzieli o powodzi, stratach w okolicy, wspomnieli o Marku Kamińskim i jego ekspedycjach. Widać było, że uczciwi z nich ludzie.

Wszedłem do mokrego śpiwora i oparłem głowę o kamizelkę. Znalazłem dogodne miejsce na karimacie i przymknąłem na chwilę oczy. Wydarzenia tego dnia przeleciały mi przed oczami i sam nie wiem kiedy zapadłem w głęboki sen.

<small>* w rzeczywistości padło słowo trochę „mniej wyszukane”.</small>

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Okrążył na motocyklu Polskę wzdłuż wszystkich granic. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz