Duży w podróży
Dzień 8: Kryzys

Dzień 8: Kryzys

Pływający domek Fundacji „Ja Wisła” zapewniał mi ochronę nie tylko przed komarami, ale też przed zgiełkiem dobiegającym od strony miasta. Warszawa żyła pełnią życia nawet w nocy. Z głównych arterii komunikacyjnych dobiegał szum samochodów i wędrował po zakamarkach Portu Czerniakowskiego. Spałem na podłodze nie odczuwając najmniejszych oznak dyskomfortu. Przyzwyczaiłem się do materaca w postaci twardej ziemi, więc deski nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Było po prostu wygodnie.

Wstałem godzinę później niż zwykle. Owa godzina, którą w normalnych warunkach powinienem spożytkować na składanie namiotu teraz została wykorzystana na sen i regenerację. Tym bardziej, że rozmowy trwały do północy, czego wynikiem było ułożenie się do snu znacznie później niż zwykle. Nadrobiłem za to zaległości w kontaktach interpersonalnych. Zyskałem kilka ważnych informacji o Wiśle i niebezpieczeństwach czających się na mnie w dalszej podróży. Dowiedziałem się gdzie należy płynąć w celu ominięcia ostróg, jak należy zachować się na Zalewie Włocławskim w razie sztormu (brać nogi… to znaczy wiosła za pas!) oraz z kim najlepiej skontaktować się w Wyszogrodzie, aby uzyskać całkowitą przychylność i nietykalność. Personą tak ważną w tamtych okolicach był Edek – zapewne człowiek orkiestra, osoba potrafiąca załatwić wszystko jeśli tylko powiedzieć mu, że jest się w bliskich kontaktach z Fundacją „Ja Wisła”. Choć przypuszczalnie każde miasto ma takiego swojego Edka, to z pewnością ten wyszogrodzki był wyjątkowy.

Wypłynąłem żegnany przez członka Fundacji. Wszyscy późnym wieczorem wrócili do swoich domów, a cały dobytek powierzony został jednej osobie pełniącej wachtę. Codziennie ktoś inny pilnował domku, o czym przypominał grafik wiszący na ścianie. Dzięki temu dokładnie wiadomo było kto tym razem musi zostać na noc. Sprzętem trzeba było się opiekować jak raczkującym dzieckiem – stale trzeba było mieć go na oku.

O dziwo przez Warszawę przemknąłem nadzwyczaj szybko. Nie wiosłowałem, bo zaabsorbowany byłem robieniem zdjęć – całą robotę wykonywała za mnie Wisła. Kilka razy tylko mlasnąłem wiosłem starając się trafić między filary mostu. A tych było co niemiara – nowe i stare, drogowe i kolejowe, wszystkie zapełnione jak na godziny szczytu przystało (należy wspomnieć, że było ledwie po ósmej). Wszyscy gdzieś pędzili, tramwaje mknęły z zawrotną prędkością, auta przeciskały się z jednego pasa na drugi a niecierpliwi kierowcy stanowczo nadużywali klaksonów.

Wraz z oddalaniem się od aglomeracji cały zgiełk cichnął, a do głosu dochodziła natura. Ptaki wreszcie zaczęły śpiewać komponując razem z wiatrem delikatną melodię. Znów nastał spokój, w pewnym sensie znów płynąłem odcięty od świata. Odpowiadało mi to bardzo, choć z czasem zaczęło brakować kontaktów z ludźmi. Mogłem wtedy porozmawiać w cztery oczy z moim towarzyszem Jurkiem.

Malownicze tereny za Warszawą zamieszkiwały kormorany. Miały tu istny raj – Wisła była szeroka na około kilometr, lecz poprzecinana wyspami stanowiła schronienie dla sporej ilości ptactwa. Będące pod ochroną kormorany czuły się w tych okolicach całkiem dobrze. Gdy przepływałem obok patrzyły tylko ze zdziwieniem i ani myślały uciekać. Pojawiłem się na ich terenach, więc niby dlaczego miały je opuszczać? Czasem siadałem na wysepce obok i jak sąsiad z sąsiadem przebywałem z nimi przez jakiś czas. Wiadomo – sąsiedzi bywają różni, a w przypadku kormoranów brak kultury polegał na niszczeniu roślinności ich własnymi odchodami. Takie to wandale wśród ptaków.

Często widywałem też jaskółki brzegówki. Gatunek ten objęty ścisłą ochroną robi swoje gniazda w piaszczystych zboczach tworząc całą kolonię. Ptaki drążą w brzegu kilkanaście otworów na ponad pół metra głębokości i tam składają jaja. Z zewnątrz skarpa wygląda jak ser szwajcarski albo ściana strzelnicy, w którą ktoś wpakował całą serię potężnych pocisków. Pociski te raz wpadały, raz wypadały z dziur i kłębiły się u wlotu niczym chmara znienawidzonych przeze mnie komarów.

Na dłuższą przerwę wybrałem sobie tego dnia twierdzę Modlin, a w zasadzie spichlerz w widłach Wisły i Narwi. Wyszedłszy na brzeg wesołym mlaśnięciem przywitało mnie błoto i uścisnęło mnie do tego stopnia, że musiałem myć całą łydkę. Przyjaźń ta była jednak jednostronna i to nie ja byłem zadowolony z naszego spotkania. Tak czy inaczej wziąłem aparat, uporałem się z brudnymi nogami i przez trawę podreptałem w stronę budowli. A było ona ogromna! Wykonana z cegieł świeciła pustkami i zarastała krzewami. Na dachu (albo raczej na tym co z niego zostało) wyrosło kilka drzewek, a z okien przyglądała mi się bogata roślinność. Tynk zdążył odpaść już dawno temu. Budynek ten kiedyś służył za magazyn, ale spełniał też funkcję militarną, o czym świadczyły jego wymiary. Mury miały grubość ponad 1,5, stropy zaś w granicach 1,2 metra. Mimo takich grubości ząb czasu zdążył już nadgryźć znaczną część tej budowli. Zachował się jeszcze bogato zdobiony portal po lewej stronie. Sprawiał imponujące wrażenie. Wtedy to poczułem się naprawdę mały mimo moich dwóch metrów wzrostu. Szkoda tylko, że taki obiekt niszczeje, bo stanowi nie lada atrakcję architektoniczną.

Twierdza została z tyłu. Płynąłem znów swoim tempem. Dzięki temu nie męczyłem się, a wiosłowanie było na tyle efektywne, że przemieszczałem się z przyzwoitą prędkością. Wróciłem pamięcią do treningów rowerowych – wtedy też potrafiłem pedałować ze stałą prędkością bez oznak zmęczenia. Gdy tak zanurzałem wiosło odkryłem ciekawe zjawisko. Otóż woda w tych okolicach była dużo czystsza. Normalnie pióro ginęło w mętnej toni rzeki, tu było je widać dosyć wyraźnie. Dopływ Narwi najprawdopodobniej spowodował drastyczne oczyszczenie Wisły. Był to nie tylko szok dla niej, ale i dla mnie. Niestety po kilkunastu kilometrach znów nie mogłem dostrzec wiosła pod wodą. Po powrocie do domu przeglądnąłem mapy satelitarne. Zdziwiłem się trochę, ale oczy nie kłamały – w okolicach twierdzy dwie rzeki płynęły jednym korytem.

Będąc z dala od cywilizacji szukałem znajomych wszędzie, nawet w zwykłych owadach. Dla przykładu ważka – lata jak helikopter, czasem przeszkadza, czasem wystraszy. Czasem też nie pomyśli i wpadnie w kłopoty. Albo do wody. Wyłowiłem taką jedną na środku Wisły i posadziłem na spodniach. Zmęczona ledwie ruszała odnóżami. Mógłbym nawet przysiąc, że zaczęła bezgłośnie kaszleć, ale to pewnie tylko moja bujna wyobraźnia. Owad pokonał ze mną spory kawałek drogi, a gdy tylko otrząsnął skrzydła z resztek wilgoci – odfrunął. Tak oto zrobiłem dobry uczynek.

Wyszogród posiadał przystań. Wyobrażałem sobie ją jako miejsce, gdzie będzie można bezpiecznie zostawić cały sprzęt bez obawy o jego dalsze losy, gdzie będzie sklep, pole namiotowe, miejsce na ognisko, droga prowadząca do miasta i oczywiście postać kultowa – Edek. Bańka mydlana z moimi marzeniami pękła dokładnie w momencie, gdy przybiłem do brzegu. Oprócz starego budynku, kamieni w korycie i wędkarzy robiący wielkie oczy, niczym dziecko dostające prezent od Mikołaja, nie było w okolicy nic szczególnego. Nic, co mogło by mnie zatrzymać na dłużej. Było raczej na odwrót – otwarta przestrzeń i kilkoro ludzi kręcących się po okolicy. Nie dawało mi to gwarancji na spokojną i bezpieczną noc. Wolałem raczej miejsce ustronne, schowane z dala od wścibskich oczu.

– Przepraszam bardzo, czy jest tu w okolicy jakieś pole namiotowe? – zrezygnowany zagadnąłem grupkę ludzi, którzy pływali motorówkami po Wiśle.
– Jedynie tutaj możesz rozbić namiot, bo dalej już nic nie ma… – odrzekł jeden z mężczyzn, podczas gdy reszta zajęta była rozmową.
– Na pewno nie znajdzie się kawałek ziemi?
– Czekaj! Dalej jest agroturystyka, jakieś dwa kilometry stąd. Spróbuj tam zapytać. Tylko będziesz miał problem, bo budynki stoją na skarpie. Trzeba będzie się trochę wspiąć. No chyba, że nie zależy ci na szczególnych warunkach to mogę polecić jeszcze jedno miejsce – tu zastanowił się na chwilę, jakby nie wiedział czy przyjmę jego słowa poważnie – W okolicy jest słup wysokiego napięcia. Pod nim są betonowe kloce, w których można się schować na noc. Może nic szczególnego, ale od wiatru i deszczu ochroni. Spał tam niedawno mój kolega – wypowiadając to zdanie zwrócił się do towarzysza siedzącego na motorówce.
– Okej, dziękuję. Zerknę na ten słup – całkiem poważnie wziąłem pod uwagę tą propozycję.
– A w ogóle skąd ty się tu wziąłeś?
– Płynę Wisłą od źródeł aż do ujścia. To już ósmy dzień i jak na razie prawie 630 kilometrów.
– Widać – zaśmiał się mężczyzna – Masz nieźle spaloną twarz.
W tym samym momencie do brzegu przybiła motorówka z inną ekipą.
– Widzisz stary?! Chłopak płynie kajakiem do Gdańska i ma za sobą 630 kilometrów! Założę się, że ty byś nawet na drugi brzeg nie dał rady przepłynąć!
Zaśmiałem się w duchu, ponieważ ze zmęczenia nie miałem sił na ponadprogramową ekspresję. Zamieniłem jeszcze kilka słów, grzecznie podziękowałem i odpłynąłem w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

Nie spotkałem Edka. Nawet o niego nie pytałem. Mając na uwadze fakt, iż zapasowy akumulator telefonu jest w pełni naładowany postanowiłem tym razem nocować na wyspie, mieć święty spokój i nie martwić się zupełnie o nic. Minąłem słup wysokiego napięcia w pobliżu którego faktycznie był betonowy „bunkier”. Na przeciwległym brzegu oddalało się gospodarstwo agroturystyczne. Zmęczenie dawało się we znaki, a ja marzyłem o odpoczynku. O położeniu się na twardej ziemi, oparciu głowy na kamizelce asekuracyjnej i przykryciu się śpiworem jak w najlepszym luksusowym łóżku.

Na jednej z wysp wykonałem codzienną procedurę rozkładania biwaku, zasunąłem oba zamki namiotu i w jednej chwili usłyszałem krople głośno uderzające o tropik. Dźwięk ten wywołał u mnie kryzys. Ciężko pracowałem by dostać się w to miejsce skrupulatnie licząc każdy kilometr. Każdy ruch był obliczony, a każde posunięcie miało swój cel. W jednej chwili deszcz oznajmił mi, że kolejny dzień będzie jeszcze cięższy. Do wiatru i fali dołączy jeszcze jeden żywioł.

Zadzwoniłem jeszcze na chwilę do Kasi opowiadając o całym dniu wiosłowania i kryzysie na sam koniec. Później ugotowałem ciepły posiłek, zerknąłem na mapę i położyłem się do spania na najwygodniejszym łóżku na świecie. Miałem nadzieję, że chwilowe załamanie minie tak szybko, jak szybko zastała mnie noc.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Okrążył na motocyklu Polskę wzdłuż wszystkich granic. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz