Duży w podróży

Kajakiem przez Polskę – Dzień 3: Na skraju piekieł

Każdy poranek przynosi nowe nadzieje, oczekiwania i wyzwania. W ciągu jednego dnia podróży może zdarzyć się naprawdę wszystko – nadwyrężona ręka odmówi posłuszeństwa, usterka techniczna spowoduje kilkadziesiąt minut opóźnienia, przeziębienie przybierze na intensywności, a załamanie pogody pokona dobre samopoczucie. Chociaż rzadko zdarza się, żeby wszystkie te czynniki wystąpiły jednocześnie, to pod żadnym pozorem nie należy lekceważyć nawet najmniejszych oznak pojawiających się trudności. Zawsze trzeba zostawić sobie zapas dobrych myśli na to, czego pewni nigdy nie jesteśmy.

Czasem pogoda potrafi być szczególnie kapryśna. Nawet jeśli jednego dnia jest ciepło i słonecznie, to na drugi dzień może być zupełnie odwrotnie. Tak było i tym razem. Zimny i szary poranek sygnalizował nam, że trzeba szybko zwijać swój bagaż, ubrać się w ciepłe rzeczy i czym prędzej ruszać w dalszą podróż, nim deszcz przemoczy nas do ostatniej suchej nitki. Ołowiane chmury i wyjątkowa cisza tylko potwierdzały nasze przypuszczenia – deszcz musiał spaść w ciągu najbliższej godziny.

Chwilę przed wypłynięciem założyłem ster dowieziony poprzedniego dnia przez rodziców. Fabryczny otwór w kajaku był nieco większy od średnicy wałka, ale szybko się z tym uporałem owijając trzpień kilkoma warstwami taśmy samoprzylepnej. Po takich zabiegach ster wszedł na wcisk i trzymał się całkiem przyzwoicie. Pióro ustawiłem idealnie w osi kajaka i przywiązałem na stałe dwoma sznurkami. Rozwiązanie to nie pozwalało skręcać naszej jednostce i w zupełności wystarczało do podróżowania na wprost bez dodatkowego wysiłku. Ze śledzia od namiotu wykonałem jeszcze haczyk, do którego przywiązałem koniec linki odpowiedzialnej za podnoszenie steru i zaczepiłem na olinowaniu kajaka. Całość była gotowa do podróży, a my nie mogliśmy się doczekać, by przetestować sprzęt w warunkach bojowych.

Ruszyliśmy. Ster sprawował się wyśmienicie – kajak płynął prosto, nie skręcał, nie poddawał się zawirowaniom i silnemu nurtowi. Zachowywał się o wiele spokojniej i stabilniej. Komfort podróży znacznie się podniósł. Mogliśmy więc skupić się na swobodnym wiosłowaniu, a nie na kierowaniu naszą jednostką i siłowaniu się z wiślanymi prądami. Na tym odcinku było to szczególnie ważne. Wąska rzeka i liczne zakręty wymagały dużej uwagi.

Niebawem niebo zrzuciło nam na głowę gęsty deszcz. We mgle spadającej wody, na wysokim i stromym brzegu, dostrzegliśmy jelenia o imponującym porożu. Poniżej łania chłeptała wodę z Wisły. Samiec pilnował swojej towarzyszki obserwując nas bardzo dokładnie. Zamarliśmy, aby móc jak najdłużej obserwować ten niecodzienny obrazek. Dzikie zwierzęta jednak dawno wiedziały o naszej obecności. Samica podniosła głowę, odwróciła się i wdrapała na wysoką skarpę. Sekundę później oba zwierzaki zniknęły za wysokimi trawami.

Monotonia z jaką deszcz uderzał o nasze sztormiaki znów wywołała w nas ogólne zamyślenie i chwilowe otępienie. Może dlatego nie zorientowałem się, że kilometraż zsunął się z kajaka, wypadł za burtę i zniknął w ciemnej toni rzeki. Nim przyszło otrzeźwienie było już za późno – przepłynęliśmy prawie kilometr od momentu zgubienia naszego przewodnika. Szybko ustawiliśmy kajak dziobem pod prąd i próbowaliśmy podpłynąć kawałek w górę rzeki. Nic z tego. Nurt był na tyle silny, że nie przemieszczaliśmy się praktycznie wcale. Pozostało nam jedynie czekać, aż kilometraż sam do nas przypłynie. Niestety na próżno. Po dziesięciu minutach zrezygnowani popłynęliśmy dalej.

Przed Nowym Brzeskiem nasze modły o lepszą pogodę zostały wysłuchane. Zrobiło się cieplej, a deszczowe chmury wiatr przegnał na zachód. Korzystając z okazji usiedliśmy na kamiennej ostrodze pod mostem i zjedliśmy drugie śniadanie. Za nami została Puszcza Niepołomicka, której ostatnie fragmenty mogliśmy jeszcze obserwować z tego miejsca. Niegdyś puszcza była znacznie większa i rozciągała się aż po dolinę Sanu. Lasy te były chętnie odwiedzane przez królów. Do dzisiaj spacerować można Drogą Królewską, a także podziwiać Królewskie Dęby. Niestety w czasach zaborów Austriacy wycięli część lasu, a w czasie II Wojny Światowej dzieła zniszczenia dokończyli Niemcy wysyłając na front drewno pochodzące z puszczy. Aktualnie las ten jest domem dla wielu gatunków fauny i flory, utworzone rezerwaty chronią cenne okazy roślin i drzewostanów, wytyczone szlaki piesze i rowerowe wykorzystują spacerowicze z Krakowa i okolic, a w sercu puszczy znajduje się ośrodek hodowli żubrów liczący 28 zwierząt. Ostoja przyrody dzisiaj ma się całkiem dobrze, a nadleśnictwo dba o jej właściwe funkcjonowanie.

Brzegi były już nieco niższe i stopniowo zaczął pojawiać się upragniony piasek. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, by wykorzystać sprzyjające warunki na leniuchowaniu w promieniach słońca. Humory od razu zaczęły dopisywać, zrobiło się przyjemniej, cieplej, weselej. Nawet ptaki wróciły do życia i zaczęły świergotać wniebogłosy. Płuca wypełniało świeże wiosenne powietrze, a rozluźnione mięśnie odpoczywały od trudów podróży. Obserwowaliśmy spokojną, ale silną i stanowczą Wisłę. Nie byliśmy sami. Chwilę po dobiciu do brzegu nadpłynęła para kajakarzy, którzy aktywnie wykorzystywali początek długiego weekendu. Ucieszył mnie ich widok, bo oto okazało się, że zapomniana rzeka jest jednak wykorzystywana przez innych zapalonych wodniaków.
– Dokąd płyniecie? – krzyknąłem w kierunku jednego z nich.
– Do Kazimierza Dolnego! – głośno odrzekł człowiek w białym kajaku, po czym machnął kilka razy karbonową „łyżką” i w mgnieniu oka zniknął za zakrętem. Mogliśmy tylko pomarzyć o takim wyposażeniu.

Obserwując nieustannie niebo zacząłem dostrzegać oznaki nadciągającej zmiany pogody. Nad rozległymi łąkami powoli tworzyły się białe, kłębiaste chmury. Z czasem przybierały kolor niebieski, później ciemnoszary i granatowy. Widziałem takich chmur tysiące, ale te nie zwiastowały niczego dobrego. Tempo w jakim gnały w naszym kierunku było nad wyraz zaskakujące. Kiedy wreszcie na horyzoncie pojawiło się ogromne chmurzysko w kształcie kowadła wiedziałem, że pora uciekać jak najprędzej. Burza kierowała się prosto na nas ze wschodu i nie zamierzała w żadnym stopniu ustąpić.

Od mostu w Górce, gdzie wedle tradycji czekać mieli moi rodzice, dzieliło nas raptem kilka kilometrów. W dotychczasowym tempie mogliśmy pokonać ten odcinek w jakieś pół godziny, góra czterdzieści minut. Nie byłem do końca przekonany czy nam się uda, ale innego wyjścia nie było. Okolica nie była przesadnie zabudowana, a poszukiwania najbliższego miejsca schronienia spełzły na niczym. Naszym jedynym ratunkiem był most drogowy, do którego zamierzaliśmy dopłynąć jako pierwsi.

Zaczęliśmy wyścig z naturą. Tempo wzrosło znacznie powyżej przeciętnej, a nasza wydajność w wiosłowaniu wzbudziła nowe nadzieje na pokonanie tego fragmentu w ekspresowym tempie. Nieustannie meandrując z nurtem Wisły kierowaliśmy się raz na północ, zostawiając ciemne chmury z prawej, a raz na wschód, podążając na spotkanie z nawałnicą. O dziwo nasza heroiczna walka przynosiła rezultaty, co dodawało nam jeszcze więcej sił. Zsynchronizowaliśmy się przy tym jak na zawodach wioślarskich i parliśmy do przodu nie bacząc na nic. Każde machnięcie wiosłami utrzymywało naszą przewagę czasową, która jednak w pewnym momencie zaczęła powoli topnieć.

Usłyszeliśmy pierwsze głuche grzmoty w oddali. Kłębiaste kowadło robiło się coraz większe i potężniejsze. Częstotliwość uderzeń była tak duża, że w odstępach sekundowych słychać było kolejne dudnienia. Goniło nas coś naprawdę dużego. Nad głową przemykały pomniejsze chmury z niesamowitą prędkością, wyprzedzając nas bez najmniejszego trudu. Z prawej strony ciemna, granatowo-szara toń, przecinana jasnymi piorunami, straszyła jak otwarte czeluści piekieł. Nad głowami mieliśmy już koronę cumulonimbusa, chwytającą nas w swe objęcia. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

– Jest most! – wykrzyknął nagle Kuba.
– Nie zdążymy… – odparłem patrząc na uginające się pod naporem wiatru drzewa odznaczające się na tle granatowego nieba. Liście latały pomieszane z pyłem oraz suchą trawą obrazując dokładną siłę i kierunek wiatru. Szum stawał się coraz głośniejszy.
– Zdążymy! – z wolą walki w głosie krzyknął Kuba i szarpnął z całych sił kajakiem wprzód. Nie pozostałem obojętny, ale wiedziałem, że to nasze ostatnie machnięcia wiosłem nim dopadnie nas burza. Nie wiedziałem jednak, że będzie ona tak gwałtowna.

Spojrzałem za siebie. W jednym momencie drzewa oddalone o jakieś 200 metrów zniknęły za ogromną ścianą wody, która pędziła wprost na nas niczym buldożer, taranując każdy obiekt na swojej drodze. Wszystko kłębiło się i kotłowało. Wiatr szalał podrywając krople wody w górę i miotając kulami gradu we wszystkie możliwe strony. Fala uderzeniowa mknęła w zawrotnym tempie.
– Do brzegu! – zdołałem jeszcze wykrzyknąć. Kilka sekund później monstrum uderzyło w nas.

Wichura była potężna. Uderzenie wiatru przeniosło nas o ładnych kilka metrów i cisnęło o ląd jak dmuchaną zabawkę. Biały szkwał pozbawił nas tchu w płucach, grad bił bezlitośnie po odkrytych częściach ciała, a fala sięgała naszych kokpitów. W jednej sekundzie zrobiło się całkowicie szaro, widoczność spadła do zera, a nieznośny szum zagłuszał każde, nawet głośne słowa. Zdążyliśmy tylko wbić wiosła w dno i zaklinować kajak, by nie przemieszczał się w żadnym z kierunków. Z trudnością łapaliśmy oddech. Powierzchnia rzeki zrobiła się biała od piany. Mimo naszych usilnych starań kajakiem szarpało na lewo i prawo. Ledwo utrzymywaliśmy równowagę, ale w tych warunkach wysiadanie z jednostki było zdecydowanie bardziej niebezpieczne niż samo balansowanie na ogromnych falach. Momentalnie zrobiło się zimno – wiatr wychłodził nas do szpiku kości powodując silne dreszcze. Nad naszymi głowami strzelały pioruny. Grzmoty były tak potężne, że czuć było przenikliwe drżenie sięgające wnętrza ciała. Znaleźliśmy się tam, gdzie nie powinno nas być.

W pewnym momencie piorun z hukiem wbił się w ziemię nie dalej niż kilkaset metrów od nas. Oślepiający blask przedarł się przez ścianę wody i momentalnie zniknął w głębokiej szarości. Strach mieszał się z adrenaliną powodując intensywne bicie serca. Mieliśmy nad sobą epicentrum potężnego żywiołu. Postawione na sztorc wiosła mogły w każdej chwili ściągnąć kolejny grom.
– Wychodzimy! – krzyknąłem i jednym szarpnięciem zdjąłem fartuch z kokpitu. W nogi uderzyło mnie lodowate powietrze oraz cała seria kulek gradu. Opuściwszy kajak natychmiast przewróciliśmy go na bok, a sami przykucnęliśmy tuż poniżej niewielkiej skarpy. Tak przeczekaliśmy resztę wichury.

Nawałnica trwała niecałe pół godziny, stopniowo spuszczając z tonu i odchodząc w kierunku zachodu. Przemoczeni i wychłodzeni trzęśliśmy się jak osiki. Gdy tylko wiatr ustał, a grzmoty zaczęły się oddalać, odbiliśmy od brzegu, by jak najszybciej rozgrzać się wiosłowaniem. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dosłownie po stu metrach w całej okazałości wyłonił się most drogowy, a na łagodnym lewym brzegu samochód moich rodziców. Jeszcze większym zaskoczeniem był fakt, że ów pojazd zatopiony był w błocie aż po same drzwi.

Miękkie dotychczas podłoże po przejściu ulewy zamieniło się w istne bajoro. Próby wyjechania pojazdem na utwardzoną drogę spełzły na niczym, więc w ruch poszedł ciężki sprzęt. Ciągnik z grubym łańcuchem zaczepionym o hak holowniczy i nasza energia włożona w pchanie wreszcie wyrwały auto z błota. Można było w końcu odsapnąć, ogrzać się ciepłą herbatą i zjeść domowy obiad przygotowany przez mamę. Gdzieniegdzie słychać było jeszcze głuche grzmoty oddalającej się nawałnicy. Ciągle nie mogliśmy wyjść ze zdumienia jak niewiele brakło, by wygrać wyścig z żywiołem. Pięć minut, dwieście metrów, kilkaset machnięć wiosłem. Schronienie czekało tuż za rogiem, a my nie mogliśmy nic zrobić.

Oprócz kolejnych zapasów jedzenia i wody, rodzice przywieźli stary, używany podczas poprzednich wypraw kilometraż. Nie był on co prawda zbyt dokładny, ale wedle przysłowia lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Kilka niewielkich, zalaminowanych kartek formatu A5 pozwalało nam na doskonałą orientację w terenie i rozsądne planowanie dnia kolejnego.

Jeszcze przed zmrokiem dotarliśmy do Opatowca. U podnóża wysokiego brzegu dostrzegliśmy niewielki slip, kawałek płaskiego terenu i postawioną w zacisznym miejscu drewnianą altankę. Na szczyt klifu wiodła stroma, zygzakowata alejka, która przypominała wyłożony kamieniami pieszy szlak w wysokich górach. Zwieńczeniem urwiska był równie stylowy drewniany domek i stojąca tuż obok karczma o wdzięcznej nazwie „W Starym Młynie”. Miejsce było zadbane i w naszej ocenie idealne na nocleg oraz naładowanie baterii w telefonach.

Właściciel obiektu pozwolił nam rozbić namiot na swoim terenie bez najmniejszego problemu. Jak się okazało gościł u siebie już wielu innych zapalonych kajakarzy, po których pamiątki znaleźć można wewnątrz karczmy. Budynek, jak sama nazwa wskazuje, jest dawnym młynem zaadaptowanym na potrzeby restauracji. Drewniana konstrukcja jest bardzo urokliwa, a klimat panujący w środku uspokaja i pozwala odpocząć od trudów podróży. Skorzystaliśmy więc z okazji i zamówiliśmy po piwie, aby rozluźnić się po ciężkim dniu. Mnogość wydarzeń, zaskakujących sytuacji i niespodziewanych obrotów spraw kazała nam sądzić, że walka z naturą o przetrwanie nie jest taka łatwa, jakby się mogło wydawać. Nawet w XXI wieku, z dostępem do globalnej sieci, z zaawansowanymi urządzeniami i sprzętem, walka taka może niestety zakończyć się porażką. Na tamtą chwilę byliśmy tego doskonałym przykładem.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

komentarze 4

  • Świetna relacja , zgrabnie napisane i fajnie że zimą. Dusza rośnie ! Opis białego szkwału bardzo precyzyjny – przeżyłem podobną sytuację w 2006 płynąc tratwą z 2 znajomych i 5 dzieciaków z Wawy do Gdańska, na środku Wisełki gdzieś w okolicach Włocławka – piękne i straszne !

  • Właśnie tego typu przeżycia pozwolą mi sie odpowiednio przygotować do spełnienia swoich marzeń, czyli spływu Wisłą. Dzięki.