Duży w podróży

Kajakiem przez Polskę – Dzień 1: Nagroda za wytrwałość

Wydostałem się z ciepłego śpiwora i otworzyłem namiot. W twarz uderzyło mnie świeże, lodowate powietrze i od razu wypełniło rozgrzane gorączką płuca. Kilka dni wcześniej nabawiłem się bólu gardła i solidnego przeziębienia, ale nie zdążyłem porządnie stanąć na nogi, gdy nadszedł czas wyprawy. Musiałem więc zmierzyć się nie tylko z ogólnym osłabieniem organizmu i końcówką choroby, ale również z kiepską pogodą, którą zastałem po wyjściu z namiotu.

Noc była wyjątkowo zimna jak na przełom maja i czerwca, ale poranek też nie wzbudzał przesadnego optymizmu. Długie, ocieplane spodnie i gruby polar nadal trzymały ciepło, lecz czuć było dużą wilgoć i przytłaczający zewsząd chłód. Nad głową wisiały ciężkie ołowiane chmury zwiastujące nieuchronny deszcz. Stojąc przed namiotem, który rozłożony był dokładnie w tym samym miejscu, co podczas dwóch poprzednich wypraw, rozejrzałem się po okolicy. Wokół nie znalazłem żywej duszy. Nie słyszałem świergotu ptaków, nie słychać było pluskania wody, a jedynie wiatr miarowo poruszał gałęziami drzew i kłosami wysokich traw. Słychać również było dobiegający od strony mostu drogowego szum samochodów, który niechcący zagłuszał dźwięki natury tworząc przy tym wszystkim nieznośną kakofonię. Miałem nieodparte wrażenie, że wisi nad nami atmosfera przygnębienia i marazmu. Wszystko jeszcze spało i nie miało ochoty się budzić.

Szybki posiłek, pakowanie, pierwsze przymiarki do dwuosobowego kajaka, pierwsze wskazówki i treningi „na sucho”. Nie trwało długo, abyśmy byli gotowi do drogi. Ubrani w jaskrawożółte sztormiaki, wyposażeni w fartuchy i wiosła, z mozołem opuszczaliśmy wyładowany do granic możliwości kajak po betonowym brzegu. Na wodę posadziliśmy naszą czerwoną jednostkę przy akompaniamencie kropel spadających z nieba, a potem szczelnie zamknęliśmy się w kokpitach i wreszcie ruszyliśmy z biegiem Wisły. Chwilę później spadł rzęsisty deszcz.

Wisła na tym odcinku to silna, wąska rzeka, której nurt może porwać każdy, nawet najgrubszy konar drzewa. Pnie wyrwane z korzeniami i nisko zwisające gałęzie były tego niezbitym dowodem. Bliskość roślinności nieco przytłaczała. Zdawało się, że gałęzie chcą nas chwycić, a drzewa tylko czyhają na nasze kajakarskie dusze. Musieliśmy mieć się na baczności. Przez 40 kilometrów omijaliśmy delikatne bystrza, wystające kamienie, czy niewielkie zatory utworzone głównie ze śmieci. Manewrowanie kajakiem było jednak bardzo utrudnione. Nasza jednostka nie była wyposażona w ster, przez co wkładaliśmy dużo więcej energii na utrzymywanie właściwego kierunku płynięcia i często zygzakiem przepływaliśmy nawet prosty odcinek rzeki.

Woda jeszcze niedawno sięgała brzegów dużo wyżej, ale niespodziewanie tego dnia była bardzo niska. Do tego stopnia, że w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie osiedliśmy na mieliźnie. Dla mnie była to niespotykana sytuacja. Zdarzało mi się wysiadać z kajaka na środku Wisły, ale nie na tym odcinku! Wizja zanurzenia stóp w lodowatej wodzie od razu spowodowała dreszcz na całym ciele, ale tym razem obyło się bez wysiadania z kajaka. Szczęśliwie odepchnęliśmy się wiosłami od kamienistego dna i bez przeszkód popłynęliśmy dalej.

Deszcz nieustannie padał z nieba. Krople wody wisiały nam na kapturach tworząc soczewkę, przez którą można było zobaczyć świat w krzywym zwierciadle. Otoczenie przybierało dziwne kształty. W tej monotonnej scenerii na brzegach wyrastały pokraczne zjawy patrzące na nas groźnym wzrokiem. Wszystko było szare i niespecjalnie urokliwe. Zieleń zamieniła się w ciemną plamę, niebo przybrało kolor popiołu, wodę można było porównać do czarnego atramentu. Przy brzegu dostrzegliśmy martwego dzika, łabędzia, później gołębia. Całość tej mrocznej kompozycji dopełniały efekty dźwiękowe w postaci szumu kropel, uderzających o taflę wody.

Kajak opuściliśmy dopiero w Bieruniu. Pod tamtejszym mostem kolejowym silne bystrze uniemożliwiało dalszą podróż drogą wodną. Konieczna więc była przenoska. Wdrapaliśmy się na stromy brzeg z trudnością stawiając odrętwiałe od bezruchu nogi. Sprzęt natychmiast znalazł się po drugiej stronie przeszkody i zniknął w gęstych, wysokich trawach falujących od naporu wiatru. Sami schowaliśmy się żelbetonowym filarem, gdzie nie docierały żadne podmuchy powietrza. Wicher gwizdał między przęsłami mostu i zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Było przeraźliwie zimno. Mieliśmy na sobie polary i sztormiaki, ale nogi okrywały tylko krótkie spodenki. Zresztą cały ubiór i tak był przemoczony, a wiatr złośliwie potęgował okropne uczucie chłodu. Im dłuższą przerwę robiliśmy tym większe pojawiały się dreszcze na całym ciele. Zrezygnowaliśmy więc z odpoczynku. Ba, zrezygnowaliśmy nawet z obiadu, aby jak najszybciej usiąść w kajaku i rozgrzać się miarowym wiosłowaniem. Odpłynęliśmy czym prędzej, żegnani przez miarowy stukot kół pociągu osobowego.

Deszcz odpuścił dopiero w okolicach ujścia Przemszy, po czterdziestu kilometrach wiosłowania. Wisła stała się szersza, bardziej spokojna i uregulowana. Płynęło się nieco lepiej pod względem sterowności, choć nadal bez rewelacji. Wiedziałem też, że niedługo będziemy musieli wysilić swoje mięśnie jeszcze bardziej. Oto bowiem zaczynał się jeden z cięższych fragmentów rzeki – maraton przenosek i mocowania się ze sprzętem. Sześć kolejnych stopni wodnych, tworzących kaskadę górnej Wisły, musieliśmy pokonać drogą lądową.

– Czujesz? Jest wyraźnie cieplej – powiedziałem do Kuby. – Gdzieś nad tą skorupą chmur musi być już słońce – dodałem po chwili z nadzieją w głosie.
Pogoda rzeczywiście zaczęła się poprawiać. Do drugiego jazu w Smolicach dotarliśmy w złocistych promieniach słońca. Wreszcie była okazja na odpoczynek, rozluźnienie napiętych mięśni rąk, złapanie trochę ciepła i wysuszenie przemoczonych ubrań. Relaks trwał w najlepsze. Kuba ładował akumulatory leżąc na betonowym podłożu, ja z aparatem w ręku podziwiałem piękne otoczenie jazu. Północna część nieba nadal przykryta była gęstymi, złowieszczymi chmurami, które jednak stopniowo odchodziły w tamtym kierunku zostawiając po sobie bardziej przyjazne, białe obłoki. Temperatura powietrza skoczyła w górę o kilka ładnych stopni poprawiając tym samym nasze nadszarpnięte morale. Pojawiło się wreszcie światełko pięknej pogody w tunelu deszczu, zimna i szarości. Owa pogoda towarzyszyła nam aż do późnego wieczora.

Namiot rozłożyliśmy po 70 kilometrach wiosłowania u stóp mostu kolejowego łączącego Okleśną z Miejscem. Tego dnia, zmęczeni całodziennymi zmaganiami z pogodą, marzyliśmy tylko o odpoczynku. W namiocie było idealnie – ciepło, sucho, a na przenośnej kuchence gotowała się woda na gorącą kolację. Zjedliśmy od razu po dwie porcje. Później dostaliśmy nagrodę za wytrwałość – przepiękny zachód słońca przebijający się przez stalową konstrukcję mostu. Czerwono-pomarańczowy kolor oblał wszystkie pola, łąki oraz drzewa i wymalował ciepłe barwy na każdym budynku w okolicy. W gładkim lustrze rzeki odbijała się ciemna konstrukcja mostu tworząc wraz z zachodem słońca niezwykłą kompozycję. Długo staliśmy jak zahipnotyzowani i podziwialiśmy to, co w wyprawach najcenniejsze. Oto przed nami pojawił się prawdziwy skarb Wisły.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

1 komentarz

  • Michale, jak dobrze że naprowadziłeś mnie na tą – właśnie oglądaną – swoją stronę. Jest fascynująca! Będę wracał do niej przy każdej nadarzającej się okazji. 🙂