Duży w podróży

Orla Perć w 24 godziny

Orla Perć – uważany za najtrudniejszy i najbardziej niebezpieczny szlak w Tatrach, wiedzie granią od przełęczy Zawrat aż po przełęcz Krzyżne. W większości ubezpieczony łańcuchami, klamrami i drabinkami prowadzi przez miejsca silnie eksponowane. Pionowe podejścia, kominki, czy półki skalne nad licznymi przepaściami wymagają solidnego przygotowania fizycznego i przede wszystkim zdecydowanych oraz przemyślanych ruchów. Margines błędu jest minimalny – każde potknięcie może skończyć się tragicznie. Od czasu otwarcia szlaku zginęło na nim ponad 120 osób, co daje średnio ponad jeden wypadek śmiertelny rocznie. Całą Orlą Perć można pokonać w około 6 godzin.

Pięć lat temu pierwszy raz posmakowałem Orlej. Wtedy podczas jednodniowej wycieczki przeszedłem fragment z przełęczy Zawrat w pobliże Zadniego Granatu. Ze względu na brak czasu nie było mi dane dokończyć tego szlaku, ale postanowiłem zaliczyć go kiedyś w całości. Wiedziałem jednak, że do tematu muszę podejść nieco inaczej.

Do Zakopanego przyjechałem o 18:00. Szybki kurs busem do Kuźnic i niebawem znalazłem się na szlaku w Dolinie Jaworzynki. Nad głową wisiały chmury, ale ufałem prognozie pogody i swoim własnym analizom, więc byłem przekonany, że następnego dnia będzie zdecydowanie lepiej. Pomimo kiepskiej pogody tłum ludzi właśnie schodził z Hali Gąsienicowej. Zatłoczony szlak rozbrzmiewał krzykiem dzieci, rozmowami i stukaniem kijków, które głównie na pokaz musiał mieć każdy. Niewprawni turyści jak zwykle dywagowali nad tym jaki kolor szlaku jest najtrudniejszy, część jęczała ze zmęczenia po godzinie marszu ze schroniska, a inni twardo stąpali po kamieniach w swoich nowych trampkach lub sandałach. Na moje „Cześć” większość reagowała zdziwieniem, więc dałem sobie spokój i szedłem w milczeniu, aby jak najszybciej znaleźć się w Murowańcu. Ta część „gór” była dla nich. Moja była zdecydowanie wyżej.

Na Przełęczy między Kopami przepiękny zachód słońca z widokiem na Giewont. Malowniczy pejzaż uzupełniały chmury i smuga dymu pozostawionego przez samolot. Kiedy szarość zaczęła wdzierać się między kosodrzewinę ruszyłem w kierunku schroniska. Na szlaku było już pusto.

_DSC4518

W Murowańcu nie pytałem o noclegi. Na stronie internetowej piszą, że do końca sierpnia nie ma już wolnych miejsc, a nocować na podłodze nie wolno. Zresztą to nie w moim stylu, aby wylegiwać się w łóżku. Wyprawa – jaka by nie była – jest zawsze wyprawą. Kiedy więc okolicę oblała gęsta jak smoła noc, rozłożyłem się w śpiworze na ławce, przed schroniskiem. Chwilę spoglądałem w krystalicznie czyste niebo. W takim mroku gwiazd jest o wiele więcej, są wyraźniejsze. Nie problem dostrzec perseidy albo znaleźć choćby Wielką Niedźwiedzicę. Jedyne światło dawał księżyc, który i tak z czasem schował się za górami.

Przed świtem zebrałem na sobie poranną rosę, ale wilgoć nie dotarła do wnętrza śpiwora. Temperatura spadła poniżej 10 stopni Celsjusza, lecz mimo to było ciepło. Ławka nie była tą najbardziej miękką z wszystkich ławek, jakie miałem do wyboru, ale liczył się fakt, że przespałem dobre kilka godzin.

Była 5:00 kiedy otworzyłem oczy. Obok leżało siedmiu innych wariatów w śpiworach, każdy na swojej ławce. Nikt nie zamierzał wstawać tak wcześnie, ale ja miałem inny plan – wyruszyć skoro świt i jak najprędzej znaleźć się na Orlej Perci. Szybkie śniadanie, pakowanie, przegląd ekwipunku i dwadzieścia minut później byłem już w drodze.

_DSC4551

Początek bardzo przyjemny. Czuć było ciepłe powiewy powietrza i przenikliwy spokój. Im byłem wyżej, tym lepiej widziałem wschodzące słońce. Byłem pewien, że pierwszych ludzi spotkam najwcześniej na przełęczy Zawrat. Okazało się jednak, że na niebieskim szlaku, tuż przed partią z łańcuchami, wyprzedził mnie… biegacz. Rzucił tylko szybkie „Cześć” i pognał dalej skacząc po skałach jak kozica. Nie wiem nawet czy miał ze sobą jakąś wodę, bo jego mały plecaczek nie wyglądał na specjalnie pojemny. W przeciwieństwie do mojego. Wszystko co miałem na plecach ważyło łącznie 10 kilogramów. A w środku? Kurtka przeciwwiatrowa, dwie zapasowe koszulki, czapka, trzy kanapki, spodenki, dwie czekolady, scyzoryk, śpiwór, aparat fotograficzny, dwie półtoralitrowe butelki wody i kilka innych drobnostek. Praktycznie całe moje wyposażenie stanowiły ubrania. Wodę – dopóki była taka możliwość – piłem z potoków. Te dwie butelki miały mi starczyć na całą Orlą Perć. Musiałem znaleźć jakiś kompromis pomiędzy ilością rzeczy, a wagą.

Chwilę po siódmej wszedłem na przełęcz Zawrat. Był tam tylko jeden człowiek i nie zanosiło się, żeby ktoś więcej mógł się pojawić. Na szlakach wokół nie było żywego ducha.
– Dokąd? – zapytał mężczyzna ubrany w czarną kurtkę i krótkie spodenki.
– Do końca – odparłem równie zwięźle, jednocześnie wskazując ręką początek Orlej Perci.
Od słowa do słowa okazało się, że ów człowiek to Janusz, 52-letni szczecinianin. Kiedy lata temu chodził po Czerwonych Wierchach nawet nie pomyślał o tym, aby znaleźć się w Tatrach Wysokich. Z biegiem czasu zaczął stopniowo zdobywać okoliczne szczyty, by wreszcie spróbować pokonać najtrudniejszy szlak w Tatrach. To było jego marzenie, który chciał zrealizować. Rozumiałem go dobrze, bo sam znalazłem się tam z tego samego powodu.

Zyskałem kompana w podróży po Orlej Perci. Ponieważ odcinek z Zawratu do Koziego Wierchu znałem dość dobrze i wiedziałem czego można się spodziewać, to zostałem „przewodnikiem” i ruszyłem przodem. Później mieliśmy się zmienić, bo Janusz znał drugą część szlaku, której ja nigdy nie widziałem. Ostatecznie całą drogę szedłem pierwszy, bo podobno dobrze sobie radziłem.

_DSC4602

Pierwsze metry nie sprawiły trudności, choć od początku trzeba było przyzwyczajać się do dużych wysokości. Sądziłem, że długa przerwa w chodzeniu po górach jakoś zachwieje moją psychiką i będę bardziej „przejęty” ekspozycją. Szybko okazało się jednak, że nie robi to na mnie większego wrażenia.

Na Mały Kozi wierch weszliśmy bardzo szybko. Później korzystając z łańcuchów przemieszczaliśmy się dalej po miejscach dobrze znanych – trawers po płytach Zmarzłych Czub, przejście obok skalnego chłopka na Zmarzłej Przełęczy i wreszcie gwóźdź programu tego odcinka, czyli 12-metrowa pionowa drabinka wiodąca na Kozią Przełęcz. Miejsce ekscytujące pod wieloma względami i jednocześnie stresujące, bo poniżej drabinki tylko przepaść. Szybko jednak zeszliśmy w dół, robiąc sobie po drodze pamiątkowe zdjęcia, i dalej po łańcuchach z przełęczy pionowym kominkiem w górę. Męczący fragment przez Kozie Czuby poszedł dość sprawnie, a później kolejnym kominkiem szlak pionowo ciągnął się na Kozi Wierch. To kolejne męczące podejście – najpierw ubezpieczone klamrami i łańcuchami, później bez ułatwień, ale za to z ogromną ilością stopni i chwytów.

Od Koziego Wierchu po Granaty trasa lżejsza, w większości bez łańcuchów, ale nadal wymagająca uwagi. Słońce zaczęło mocniej grzać, a woda powoli zaczęła się kończyć. Trochę mnie to niepokoiło, bo byliśmy dopiero w połowie drogi, a przed nami jeszcze przynajmniej 3 godziny wspinaczki. Postanowiłem więc oszczędzać i piłem małymi łykami. Mimo wszystko na Granatach odczuwałem już pierwsze oznaki odwodnienia. Bardzo męczyłem się wchodząc pod górę i często musiałem robić przerwy. Podobnie mój towarzysz.

Musiałem dotrzeć do najbliższego potoku, znaleźć jakąkolwiek kałużę, albo chociaż złapać kogoś, kto podzieli się kilkoma łykami nawet najbardziej paskudnego napoju.

Od Skrajnego Granatu zaczął się dla mnie najtrudniejszy fragment Orlej Perci. To dość eksponowany szlak, a jednocześnie bardzo kamienisty, z drobnym i sypkim żwirem. Trzeba było bardzo ostrożnie stąpać, by przypadkowo nie zjechać ze ściany razem z lawiną gruzu. Miejscami łańcuchy umieszczono w ten sposób, że jedynym wyjściem było podwiesić na rękach i opuścić na półkę poniżej. Innym razem wisząc nad przepaścią stawiać stopy na skalnych występach o szerokości kilkunastu centymetrów. A patrząc w dół to kawał drogi…

_DSC4647

Odwodnienie przybierało na sile. Zauważyłem, że już bardziej obojętnie wybieram przejścia między skałami, a częściej myślę o tym, by napić się wody. Zrobiłem się otępiały i trochę straciłem czujność. Zmęczenie dawało się we znaki, a słońce dorzucało jeszcze swoje trzy grosze. Zrobiło się niebezpiecznie, ale przywołałem się do porządku i wolniej, aczkolwiek bardziej dokładnie zacząłem stawiać stopy i chwytać się skał.

Janusz też odczuwał zmęczenie, też oszczędzał wodę. On przynajmniej ją jeszcze miał. Zaproponował mi połowę swojej racji, ale odmówiłem. Miał mniej niż pół litra, a do przejścia jeszcze kawał drogi. Co jakiś czas oglądałem się i sprawdzałem jak idzie mojemu kompanowi. Gdy zostawał w tyle – czekałem. Czułem jakąś odpowiedzialność jako „przewodnik”, choć tak naprawdę znaliśmy się raptem kilka godzin.

Wreszcie ujrzeliśmy przełęcz Krzyżne. Ostatnie metry szlaku wiodły po kamiennych płytach, więc już bez żadnych trudności dotarliśmy do upragnionego celu. To był koniec Orlej Perci – szlaku, który obojgu nam siedział w głowach i nie dawał spokoju. Janusz był wyraźnie szczęśliwy. Tu nasze drogi się rozeszły – On szedł do Doliny Pięciu Stawów, ja z powrotem do Murowańca i dalej do Kuźnic. Przyjąłem jeszcze połowę wody „na czarną godzinę”, pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoim kierunku.

Żółtym szlakiem z Krzyżnego szło się dosyć sprawnie, ale wody nie miałem już w ogóle. Te dwa łyki „na czarną godzinę” wypiłem prawie od razu, bo czarna godzina nastała już dawno temu. Teraz musiałem dotrzeć do najbliższego potoku, znaleźć jakąkolwiek kałużę, albo chociaż złapać kogoś, kto podzieli się kilkoma łykami nawet najbardziej paskudnego napoju. Jak na złość szlak opustoszał. Pustynia. Nikogo. Zero. Wszystkie źródełka wyschły, a jeśli było gdzieś choć trochę wody, to tylko pod ogromnymi stertami kamieni, które zalegały na całym szlaku. Twardo szedłem przed siebie, bo „przecież tam musi być gdzieś woda”. Wszędzie słyszałem płynące potoki, ale gdy tylko się zatrzymywałem nie było słychać nic, oprócz wstrętnej ciszy.

Wreszcie po godzinie marszu usłyszałem chlupot potoku. Od razu zrzuciłem plecak i dopadłem do strumyka. Pierwsze łyki łapczywie wypiłem z dłoni, a potem napełniłem butelkę i od razu wlałem w siebie całe 1,5 litra górskiej, lodowatej wody. To było coś! Po całym dniu wspinaczki to była najlepsza nagroda, jaką mogłem sobie tylko wyobrazić.

_DSC4663
Sierpniowe popołudnie na Hali Gąsienicowej

Do schroniska dotarłem około 16:00. Ponownie zobaczyłem tłumy ludzi przekrzykujących się nawzajem. Skończyły się pozdrowienia, a wróciły sandały i trampki oraz górskie teorie ludzi z nizin. Od razu przyspieszyłem i zamiast standardowych dziewięćdziesięciu, do Kuźnic zszedłem w… pięćdziesiąt minut. Potem szybko przebrałem się w pobliskiej toalecie, wskoczyłem w busa i niebawem mknąłem w kierunku Krakowa przeglądając zdjęcia z ostatnich 24 godzin. Tak zrealizowałem swój plan i szczęśliwy odhaczyłem kolejną pozycje na liście „Do zrobienia”.

PS. Jeśli ktoś doczytał do tego momentu, to w nagrodę link do filmu z przejścia całej Orlej Perci. Nie jestem jego autorem, ale dobrze oddaje charakterystykę szlaku: https://www.youtube.com/watch?t=13&v=BtwJar_GE1I

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Okrążył na motocyklu Polskę wzdłuż wszystkich granic. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz