Duży w podróży

Pięć dni we Lwowie

Pierwszy raz za wschodnią granicą Polski byłem dopiero w 2014 roku. Wcześniej nie miałem żadnej okazji, by wyruszyć na wschód. Kraje po tamtej stronie niespecjalnie przykuwały moją uwagę. W szkole nie uczyłem się nawet rosyjskiego, więc cyrylica była dla mnie zupełną magią, co było w pewnym sensie kolejnym powodem, by szukać celów podróży gdzie indziej.

Nadarzyła się jednak okazja, by wyruszyć na Ukrainę wraz z dwójką dobrych kolegów. Rysiek pracował we Lwowie już od kilku lat, więc znał go jak własną kieszeń. Dla mnie i dla Krzyśka była to zupełna nowość, lecz nie zastanawialiśmy się długo nad wyjazdem, tylko zaklepaliśmy w kalendarzach odpowiedni termin. Przez pięć dni mieliśmy poznać Lwów z każdej strony. Jak się później okazało plan ten zrealizowaliśmy w stu procentach! A było to tak…

Dzień 1

Z Krakowa na przejście graniczne w Korczowej droga upływa bardzo szybko. Jedziemy niemalże cały czas autostradą – jedynie z Rzeszowa do Przeworska musimy przebić się ruchliwą drogą krajową. Na granicy chwila oczekiwania, odpowiednie procedury, a potem stempel w paszporcie i już jesteśmy na Ukrainie.

Od razu miłe zaskoczenie – droga w kierunku Lwowa całkiem przyzwoita! Wystarczy jednak z niej zjechać, aby w warunkach bojowych sprawdzić wytrzymałość zawieszenia w samochodzie. Niestety na drogach bocznych asfalt jest bardzo dziurawy. Często też można zobaczyć pojazdy, których próżno już szukać w Polsce – Łady, Wołgi, Moskwicze. Większość z nich jest mocno wyeksploatowana. Rzadko zdarzają się prawdziwe perełki w bardzo dobrym stanie, ale można trafić na naprawdę zadbany model. Dla miłośników motoryzacyjnych zabytków to prawdziwe szaleństwo.

_DSC2322
Takie pojazdy to we Lwowie nierzadki widok. Najczęściej spotkać można Łady, ale trafi się również wiekowy Moskwicz, czy ruska Pobieda.

Po drodze chłopaki tłumaczą mi podstawy cyrylicy. Dla mnie to czarna magia, ale próbuję zapamiętać jak najwięcej. Wkrótce okazuje się, że dość szybko zaczynam składać pojedyncze litery w całe słowa i jestem w stanie przeczytać przydrożną reklamę. Co prawda łączę sylaby jak dziecko, ale po ukraińsku czytam zaledwie od kilku godzin.

Do Lwowa dojeżdżamy przed 9:00. O ile obrzeża miasta nie odznaczają się niczym szczególnym, to wyłożone brukiem centrum nadaje mu wspaniałego charakteru. Już od samego początku malownicza architektura, ludzie, zabytki i gęsto usiane ślady dawnej polskości, skłaniają do zagłębienia się w historię i kulturę miasta. A jest co podziwiać! Już teraz chłoniemy klimat Lwowa, chociaż dopiero do niego wjechaliśmy.

_DSC1701
Marszrutka – najbardziej popularny środek transportu. Takich żółtych busików jeździ mnóstwo, a przejazd kosztuje grosze. Można dostać się nimi praktycznie wszędzie. Kursują nawet od granicy w Korczowej.

Docieramy do mieszkania wynajętego na czas naszego pobytu. Odnowione w gustownym stylu – dwa pokoje, kuchnia, łazienka, toaleta i przedpokój na tyłach starej kamienicy. Rozpakowujemy bagaże. Mamy chwilę na odpoczynek, nim Rysiek załatwi swoje sprawy. Z okazji szczęśliwego przyjazdu Krzysiek wyciąga trunek własnej roboty, więc rozgrzewamy się przed spacerem po mieście. Humory dopisują.

Około południa idziemy we troje na obiad oraz szybkie zapoznanie miastem. W Stargorodzie (Старгород) – lokalnym browarze – jem prawdziwy barszcz ukraiński. To zupa, która nijak nie przypomina polskiego odpowiednika. Jest tłusta i sycąca, ale bardzo smaczna (zresztą cała ukraińska kuchnia przypadła mi do gustu). Popijam też świeżo ważone ciemne piwo w rozmiarze „profesijnym”, czyli w litrowym kuflu.

_DSC1792
Lwowski rynek.

Po posiłku spacer po centrum. Rysiek prowadzi nas w najbardziej znane miejsca – idziemy na rynek, przechodzimy przez kilka ważniejszych ulic, zaglądamy do paru kościołów, oglądamy budynek opery, a po drodze wchodzimy do kolejnych knajpek, gdzie próbujemy lokalnych specjałów. Jestem zafascynowany miastem pod wieloma względami. Nie ograniczam się tylko do zwiedzania, ale otwieram też zmysły na doznania kulturowe, kulinarne, architektoniczne, rozrywkowe. Zresztą sam Lwów (z ogromną pomocą Ryśka) pokazuje mi mnogość atrakcji, jakie ma do zaoferowania. A to dopiero początek.

Wieczorem poznaję Natalię, współpracownicę Ryśka. Całą paczką idziemy posiedzieć w najbardziej znanych restauracjach i pubach w mieście. Trafiamy do Domu Legend, Masocha, Kryjówki, Gazowej Lampy – lokali tematycznych tak zachwycających i niezwykłych, że nie sposób o nich zapomnieć. Każdy z nich ma swój niepowtarzalny klimat i każdy ma do zaoferowania genialne atrakcje. W Domu Legend można zasiąść za sterami Trabanta znajdującego się na dachu kamienicy, w Kryjówce postrzelać z wiatrówki do Stalina, a u Masocha na własne życzenie dostać pejczem po plecach od atrakcyjnej kelnerki. I to tylko wierzchołek góry atrakcji, jakie oferują nam te niecodzienne restauracje. Aby dostać się do lokalu „masonów” trzeba dobrze znać jego lokalizację. Jest sprytnie ukryty i próżno szukać szyldu tuż przy wejściu. Trzeba za to przejść przez czyjeś prywatne mieszkanie…

Z ostatniego pubu wychodzimy po północy we wspaniałym nastroju i z mocnym szumem w głowie. Droga powrotna jest nad wyraz wesoła.

Dzień 2

Następnego dnia jesteśmy umówieni z przewodnikiem. Wstajemy przed 9:00 mocno zmęczeni, z uporczywym bólem głowy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że poprzedni wieczór był… dość wymagający dla naszych organizmów. Błyskawicznie doprowadzamy się do porządku i natychmiast wychodzimy, aby nie spóźnić się na umówioną godzinę. Stwierdzamy zgodnie, że świeże powietrze dobrze nam zrobi.

_DSC1795
Kamienica Królewska, zwana także Małym Wawelem.

Spotykamy się wszyscy pod pomnikiem Daniela Halickiego, w sąsiedztwie Kościoła Bernardynów. Przewodnik to Ukrainiec mówiący po Polsku, który dobrze zna miasto i doskonale orientuje się w tutejszych zabytkach. Od samego początku robi dobre wrażenie i odpowiada rzeczowo na każde nasze pytanie. Idziemy na rynek. Tam poznajemy najciekawsze obiekty – Czarną Kamienicę, muzeum będące jednocześnie apteką, budynek ratusza. Spacerujemy po uliczkach i trafiamy w miejsca, na które normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Nawet niepozorny szczegół ma swoją historię, niesie ze sobą jakąś opowieść. Idziemy więc na ulicę o siedmiu nazwach, trafiamy na polską Nysę stojącą na niewielkim placyku, odnajdujemy właz studzienki kanalizacyjnej polskiej produkcji, a także poszukujemy pozostałości polskich napisów na ścianach budynków. Takie smaczki dopełniają cały spacer po Lwowie.

Atrakcji nie brakuje – nasz przewodnik prowadzi nas po kościołach różnych wyznań, muzeach, parkach, a także wskazuje najciekawsze obiekty architektoniczne. Przepięknie zdobione wnętrza robią na nas ogromne wrażenie. Podczas czterogodzinnej wycieczki poznajemy praktycznie najważniejszą część miasta i zwiedzamy najbardziej znane punkty turystyczne. Jestem zauroczony Lwowem – miastem niesamowicie bogatym kulturalnie, religijnie i historycznie. Nie sposób opisać wszystkiego w tak wielkim skrócie.

_DSC1931
Przepiękne sklepienie w kaplicy Boimów.

Wycieczkę kończymy pod operą. Żegnamy się z naszym przewodnikiem i idziemy do restauracji Salo (Сaлo), gdzie daniami głównymi jest wykonana na różne sposoby słonina. Co ciekawe w menu mają nawet sushi ze słoniny. Na ścianie lokalu urządzonego w nowoczesnym stylu wisi zdjęcie całujących się Breżniewa i Honeckera z kawałkiem bekonu w ustach. Jemy obiad i odpoczywamy po spacerze pełnym wrażeń.

O zmroku ponownie tournée po lwowskich klimatycznych knajpkach. Idziemy do żydowskiej restauracji Pod Złotą Różą. W menu ogromny wybór koszernych dań, ale… brak cen! Od umiejętności targowania zależy finalna kwota na rachunku. Przed posiłkiem tradycyjne mycie rąk. Jako aperitif zamawiamy pejsachówkę, czyli nalewkę zrobioną na rodzynkach.

Na tej samej ulicy o 21:00 ożywają figury na Domu Legend. Oglądamy krótki spektakl zakończony efektownym wybuchem ognia z paszczy smoka. Potem znowu odwiedzamy Masocha i raczymy się mocną nalewką zrobioną na ostrej papryczce. Wachlarz smaków i wystrojów wnętrz w każdej knajpce jest obłędny. Kreatywność twórców wszystkich lokali jest nieograniczona. Autorzy pomysłów wręcz zachęcają klientów do interakcji i tworzą niebanalne urządzenia, które można dotknąć albo wprawić w ruch. To sprawia, że wizyta w takim lokalu ani przez chwilę nie jest nudna. My też nie próżnujemy, bo naszego mieszkania wracamy późną nocą.

Dzień 3

Śpimy do oporu. Po śniadaniu przychodzi Rysiek i razem idziemy na Cmentarz Łyczakowski. Pieszo to tylko 1,5 kilometra, więc nie mija nawet pół godziny, a stajemy u wejścia do nekropolii. Jest pochmurno i ponuro. Udziela nam się nostalgiczny nastrój, kiedy spacerujemy między grobami. Dzięki mapie w formie przewodnika, odnajdujemy mogiły Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, Artura Grottgera. Rzuca mi się w oczy mnóstwo polskich nazwisk, a także wiele pieczołowicie rzeźbionych nagrobków. Niektóre wiekowe, inne jakby nowe. Wiele z nich odnowiono staraniem polskich władz. I chociaż jest jeszcze bardzo dużo pracy, to widać, że dba się o ten kawał historii.

_DSC1964
Zdobione grobowce, płaskorzeźby, figurki i elementy w kształcie lwa to wizytówka miasta.

Docieramy do Cmentarza Orląt Lwowskich – oddzielnej części całej nekropolii. Równo usiane jasne krzyże przewiązane biało czerwoną wstążką robią przygnębiające wrażenie. Jest to tym bardziej wstrząsające, że wystarczy spojrzeć na kilka pierwszych tabliczek, by zorientować się, że to często mogiły nastolatków, a w niektórych przypadkach nawet dzieci. Najmłodszy obrońca Lwowa miał tylko 9 lat.

Spacerujemy w milczeniu. Czytam uważnie każdą tabliczkę: „Nieznany żołnierz W.P.”, „Tadeusz Juliusz Prokop; 1902-1918”, „Stanisław Kossowski – skaut, zamordowany; 1904-1919”, „Stefan Bądzyński – szeregowiec odc. III, uczeń 7 kl. gimnazjum we Lwowie, poległ pod Teofilpolem; 1903-1920”, „Antoni Poznański – piłkarz KS Cracovia, zginął śmiercią lotnika we Lwowie”.

Zaglądamy do kaplicy i przechodzimy wzdłuż katakumb. Teraz są odbudowane, ale jeszcze niedawno były całkowitą ruiną. Dewastacji dokonały władze sowieckie przy pomocy czołgów. Dopiero w 2005 roku oficjalnie otwarto odnowiony cmentarz, który w takiej formie możemy oglądać do dziś. Na usta cisną się różne słowa, ale kończymy zwiedzanie rezygnując z ich wypowiadania.

Po południu, tym razem również z Natalią, jedziemy do archikatedralnego soboru św. Jura, a potem do kościoła św. Elżbiety. W tym drugim wchodzimy z Krzyśkiem na wieżę kościelną, skąd rozpościera się widok na centrum Lwowa. To drugi najwyższy budynek w mieście. Panorama jest fenomenalna – widać wszystkie najważniejsze obiekty jak na dłoni. Pogoda trochę nie sprzyja. Wieje chłodny wiatr, ale nie przeszkadza nam on obejść wieżę dookoła i podziwiać miasto z każdej strony.

Widok z kościoła św. Elżbiety

W drodze powrotnej zaglądamy do wnętrza dworca kolejowego, jednego z najważniejszych zabytków polskiej myśli technicznej na początku XX wieku. Potem jedziemy na wzgórze Wysoki Zamek. Tu pogoda płata figla, ponieważ mgiełka nad miastem nie pozwala podziwiać okolic Lwowa w pełnej krasie. Obiecuję sobie jednak, że kiedyś wrócę tu jeszcze i w nieco lepszych warunkach wejdę ponownie na wzgórze.

Peron dworca kolejowego

Zwiedzanie kończymy w jednej z kawiarni w okolicach rynku. Rysiek poleca strudel w polewie wiśniowej, więc nie pozostaje nic innego jak tylko zamówić. Wybór jest znakomity. Znów eksplozja smaku i znowu zachwyt dla podniebienia. Jestem pod wrażeniem specjałów serwowanych w okolicznych lokalach. Kiedy myślę, że już nic mnie nie zaskoczy, wtedy Rysiek prowadzi nas w kolejne miejsca, które podnoszą poprzeczkę jeszcze wyżej i wyżej.

Po całym dniu wrażeń część towarzyska, czyli spotkanie przy piwie w znanym już Stargorodzie. Lokal wypchany jest po brzegi, nie jest łatwo o wolny stolik. Wśród tłumu są również Polacy, którzy – podobnie jak my – zwiedzają miasto od każdej strony. Wieczór upływa bardzo szybko, a my w doskonałych humorach kończymy trzeci dzień pobytu we Lwowie.

Dzień 4

Od rana pochmurno i zanosi się na deszcz. Z tego względu Rysiek zaplanował wycieczkę objazdową. Najpierw zabiera nas na kawę do hotelu Citadel Inn, mieszczącego się – jak sama nazwa wskazuje – w cytadeli. Otoczenie i wnętrza robią duże wrażenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten hotel przeznaczony jest dla naprawdę zamożnych gości. Siedzi my w hotelowej restauracji z widokiem na miasto i delektujemy się poranną kawą.

Citadel Inn

Następnie jedziemy obejrzeć stadion piłkarski Arena Lviv (Арена Львів), który położony jest około 8 kilometrów od centrum miasta. Stadion wybudowano specjalnie na Euro 2012. Rozegrane zostały tu trzy mecze fazy grupowej, podczas których wystąpiły reprezentacje Niemiec, Danii i Portugalii. Na obiekt niestety nie można się dostać, ale z zewnątrz robi naprawdę imponujące wrażenie.

W drodze powrotnej zaglądamy przez bramę Akademii Wojsk Lądowych, gdzie szkoli się ekspertów we wszystkich specjalnościach lądowych ukraińskich sił zbrojnych. Dokładnie naprzeciwko znajduje się Park Stryjski (Стрийський парк), ale ze względu na padający deszcz niestety rezygnujemy ze spaceru. A szkoda, bo to ponoć bardzo ładny park.

Odstawiamy samochód i udajemy się do centrum. Najpierw rozgrzewamy się koniakiem w jednym z pubów w pobliżu rynku, a potem udajemy się do Kumpla (Кумпель), gdzie serwowane są tradycyjne galicyjskie potrawy. Wnętrze restauracji w całości wyłożone jest ciemnym drewnem i utrzymane w gustownym stylu. Przy wyjściu z toalety ręce można umyć nad umywalką polskiej produkcji. To jeszcze jeden smaczek, który nadaje wnętrzu charakteru.

Wieczorem część kulturalna. Idziemy do Opery Lwowskiej, gdzie podziwiamy nie tylko wspaniały koncert, ale również niesamowite wnętrze. Tak jest z większością tutejszych zabytków – z zewnątrz robią piorunujące wrażenie, ale dopiero środek pozwala poznać kunszt twórców i szczegółowość detali. Występ natomiast jest ciepło przyjęty przez publikę, więc artyści kilkukrotnie bisują.

Zapierające dech wnętrze Opery Lwowskiej

Idziemy do knajpy Lewy Brzeg (Лівий берег), która mieści się w podziemiach opery. Natchniony arią Krzysiek brawurowo wykonuje przebój Sofii Rotaru pt. „Czerwona Ruta”. Za ten występ zostaje mu przyznana ekskluzywna karta klienta sieci „Lokal” oraz kilka bonusowych punktów na start. Humory dopisują, więc pobyt w pubie kończymy twardym postanowieniem rozpoczęcia trasy koncertowej po całej Ukrainie.

Dzień 5

Ostatni dzień pobytu we Lwowie. Ponieważ nie mamy żadnego konkretnego planu, to postanawiam powłóczyć się po mieście z aparatem w ręku. Krzysiek zostaje w mieszkaniu, a ja wybywam złapać na zakończenie jeszcze trochę klimatów wiekowego miasta. Mam czas do południa.

Po czterech dniach swobodnie poruszam się po centrum. Dokładnie wiem którędy iść, by trafić tam gdzie chcę. Idę więc na rynek, przechodzę obok znanych kościołów i pomników. Spaceruję wąskimi uliczkami w pobliżu opery i idę znów na rynek. Ulice w większości są jeszcze opustoszałe. Robię kilka zdjęć, choć pochmurna pogoda nie sprzyja. Zaciekawiony wędruję na Plac Muzealny, gdzie sprzedawane są przeróżne bibeloty. Wśród nich znajduję „Przegląd Powszechny” z czasów przedwojennych, oraz kilka innych, polskich czasopism. Sprzedawca pokazuje mi nawet artykuł na temat Józefa Piłsudskiego.

Wracam do mieszkania. Chwilę odpoczywam, a potem pakujemy wszystkie nasze rzeczy i oddajemy klucze. Razem z Natalią idziemy kupić kilka produktów na lokalnym targu. Wybieram to, czego w Polsce nie można dostać – przede wszystkim soloną słoninę. Następnie (jak przystało na prawdziwych Polaków) kupujemy niezbędną ilość alkoholu oraz mnóstwo słodyczy, które na Ukrainie są przepyszne. Tak zaopatrzeni żegnamy Natalię i upychamy się w samochodzie. Jeszcze ostatni rzut okiem na miasto i po 14:00 opuszczamy centrum.

Droga powrotna już znana, chociaż skręcamy w kierunku innego przejścia granicznego. Tutaj droga jest tragiczna. W pewnym momencie trafiamy nawet na stado krów maszerujących środkiem jezdni. Niebawem przejeżdżamy przez wojskowy poligon, a potem docieramy do Budomierza. Odprawa nie trwa długo i wkrótce jesteśmy już „u siebie”. Do domu wracam wieczorem, z poczuciem, że nie zmarnowałem ani jednej chwili pobytu we Lwowie.

Epilog

Wyjazd przerósł moje najśmielsze oczekiwania! Wszystko dzięki Ryśkowi, który idealnie pokazał nam miasto od każdej możliwej strony. Był nieocenionym przewodnikiem, bo znał doskonale każdy jego zakamarek. A sam Lwów? Zrobił na mnie piorunujące wrażenie! Kocham taki klimat, uwielbiam taką architekturę i powiew historii, a więc znalazłem się w miejscu, które było dla mnie wymarzone. To miasto z charakterem, którego obecnie niejedna polska starówka może pozazdrościć. Okazuje się bowiem, że nie wszystko musi być pięknie odmalowane, by zachwycać swoim urokiem. A Lwów taki jest. Jest miastem kontrastów, miastem bogatych i biednych, miastem nowym i starym, miastem imprezowym, ale też mocno refleksyjnym. Miastem, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie. Jeśli więc kiedykolwiek nadarzy się okazja, by odwiedzić je ponownie, to nie będę zastanawiał się ani chwili dłużej, bo jestem pewien, że do odkrycia zostało jeszcze wiele!

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz