Duży w podróży
Kajakiem przez Polskę – Dzień 11: Pogodowy przełom

Kajakiem przez Polskę – Dzień 11: Pogodowy przełom

Kajak ciął gładką taflę zalewu jak brzytwa. Płynęliśmy we mgle, która z minuty na minutę stawała się coraz rzadsza. Panował niesamowity spokój, niezmącona hałasem cisza, jakby każdy pierwiastek krajobrazu pogrążony był jeszcze we śnie. Dopiero rozdarte kormorany, gniazdujące na dużej wyspie, siłą przerwały błogi spokój.

Zalew Włocławski to ogromny zbiornik. Bywa spokojny i majestatyczny, ale w jednej chwili może zmienić się w szalejącą kipiel. Zachodni wiatr potrafi przygnać długie i wysokie fale, które wcale nie są gorsze od morskich bałwanów. Wśród okolicznych mieszkańców krążą mrożące krew w żyłach historie na temat sztormów oraz niebezpiecznych sytuacji, jakie przytrafiły im się podczas żeglowania po zalewie. Wszyscy zgodnie powtarzają, że gdy nadciąga wichura, trzeba uciekać jak najprędzej. I najlepiej nie być wtedy na środku zbiornika, bo powrót czasami może być niemożliwy.

Trzymaliśmy się blisko prawego brzegu i stopniowo przemieszczaliśmy po stojącej wodzie. Każdy metr, każde machnięcie wiosłem było cięższe oraz bardziej wymagające niż zwykle. Z respektem obserwowałem ogromną powierzchnię zalewu i uważnie analizowałem nawet najdrobniejszą zmarszczkę na tafli. Mimo wszystko pogoda wydawała się bardzo stabilna i nie zapowiadało się, aby w ciągu kolejnych kilku godzin miało się to w jakikolwiek sposób zmienić.

Mijaliśmy mariny położone w malowniczych zakątkach, oferujące wodniakom miejsce na nocleg, ciepłe posiłki, pomosty, kemping, sanitariaty i parking dla samochodów. Prawy brzeg nie obfitował w wiele takich obiektów, cieszył się zatem mniejszą popularnością żeglarzy, ale dla miłośników świętego spokoju przystań w takim miejscu była wręcz idealna. W skali całej rzeki ten 40-kilometrowy fragment Wisły był najlepiej zagospodarowany i najbardziej przystosowany do uprawiania turystyki wodnej. Raj dla żeglarzy, idealne miejsce do pływania, wędkowania i aktywnego wypoczynku.

Gdy dopływaliśmy do Dobrzynia nad Wisłą mieliśmy za sobą już grubo ponad połowę całego zbiornika. Należała nam się chwila przerwy. Minęliśmy więc opustoszały basen portowy i przybiliśmy do drewnianego pomostu ułożonego na kamiennym brzegu. Stała tu duża hala namiotowa z przylegającym do niej ogródkiem piwnym. Ktoś kręcił się w środku, przestawiał ławki, przenosił asortyment z zaparkowanego opodal busa. Właściciele najprawdopodobniej przygotowywali się na zbliżającą się weekendową imprezę. Kawałek dalej wędkarz zarzucał przynętę na ryby, ktoś inny parkował swój czerwony skuter przy brzegu. Poza tą garstką osób nie było nikogo więcej. Sezon dopiero się rozpoczynał, a turystów i żeglarzy liczono na palcach jednej ręki. Zamiast planowanego ciepłego posiłku zjedliśmy więc tylko nasze kanapki z mielonką i popiliśmy wszystko niegazowaną wodą mineralną.

Tuż przed zaporą gęsta czapa chmur odleciała w siną dal i odsłoniła błękit nieba oraz wyczekiwane od kilku dni słońce. Wreszcie nastąpił przełom pogody! Temperatura natychmiast podskoczyła w górę, a my ściągnęliśmy z siebie sztormiaki. Po wyciągnięciu kajaka na koronę zapory mogliśmy odetchnąć z ulgą – udało się bowiem pokonać ostatnią, najdłuższą i najtrudniejszą przeszkodę na Wiśle. Przenoska poszła wyjątkowo sprawnie, choć po drodze musieliśmy zrobić kilka krótkich przerw. Kajak ważył dobre 60 kilogramów, a z takim ciężarem nie łatwo było zejść po stromym zboczu tamy. Kiedy jednak dotarliśmy na sam dół, zostało nam raptem kilka kroków i mogliśmy posadzić sprzęt na wodzie.

Od tej chwili mieliśmy wolną drogę, mogliśmy swobodnie płynąć w kierunku Gdańska i dać się ponieść z nurtem Wisły gdzie tylko zapragnęliśmy. Rzeka niosła nas z niebywałą siłą. Przez jaz przelewały się ogromne ilości wody upuszczanej ze zbiornika, by pomieścić falę wezbraniową pędzącą z południa Polski. Wysoka woda była prawie siedem dni za nami, jednak kontrolowane opróżnianie zalewu skutkowało podwyższonym poziomem Wisły w całym jej dolnym biegu.

Zakupiwszy dwa pęta kiełbasy na wieczorne ognisko, odbiliśmy od betonowego nabrzeża, by jeszcze przez chwilę podziwiać miejskie zabudowania Włocławka. Strzelistymi wieżami zwracała na siebie uwagę szczególnie gotycka katedra, która była charakterystycznym punktem panoramy włocławskiej starówki. Szybko jednak minęliśmy most drogowy, a potem modernizowany port rzeczny, i niebawem miasto zostało w tyle. Przed nami ponownie rozpościerał się wspaniały szlak Wisły.

Pogoda była fantastyczna, więc w głowach planowaliśmy już wieczorną biesiadę przy ognisku. Na samą myśl smażonej w gorącym dymie kiełbasie burczało nam głośno w brzuchach. Nic nie smakowało lepiej, niż porządna kolacja na świeżym powietrzu, będąca zwieńczeniem wyczerpującego dnia.

Około szesnastej dostrzegliśmy skupisko elektrowni wiatrowych, a jakiś czas później ruiny zamku krzyżackiego w Bobrownikach. Kiedy dopływaliśmy pod zniszczoną warownię zobaczyłem jak bardzo podniósł się poziom Wisły – wysiedliśmy z kajaka w zasadzie już na kępach traw, u podnóża zamku. Sama budowla z dołu nie wyglądała na wysoką, jednak dopiero widok ze szczytu ceglanych murów zaprał mi dech w piersiach. Wyszedłem najwyżej jak tylko się dało i oniemiałem z zachwytu. Widać był całą, rozlaną do granic możliwości rzekę, w której odbijały się chmury i błękit nieba przechodzący w ciemny granat. Wisła sięgała lasu łęgowego podtapiając korzenie drzew, i przelewała się przez ostrogi będące głęboko pod powierzchnią wody. Mogłem zobaczyć w całej okazałości potężny żywioł i malownicze tereny jakby wyjęte z filmu przyrodniczego ukazującego naturę w najdalszych zakątkach świata. Wystarczyło obrócić się na pięcie, by móc podziwiać drugą część tego rewelacyjnego widoku. Sam nie wiedziałem w którą stronę patrzeć. Łapczywie pożerałem wzrokiem każdy element, każdy metr kwadratowy, każdą najdrobniejszą cząstkę. To była nagroda za te wszystkie dni niepogody. Mógłbym odwiedzić to miejsce setki razy, widzieć tą samą, zwykłą rzekę, chodzić ciągle po tych samych murach i nigdy nie trafić na takie warunki. To był ten moment, ta chwila, w której wszystko było idealne – światło, pogoda, kolory, miejsce, temperatura, kształt Wisły, zapach powierza i niezwykły klimat.

Obozowisko rozbiliśmy na prawym brzegu Wisły, naprzeciwko Nieszawy. Wzdłuż rzeki wiodła polna droga wyjeżdżona samochodami osobowymi przez wędkarzy, potem ciągnęły się niezliczone hektary pól obsianych zbożem, sięgające gęstego lasu dopiero sześćset metrów dalej. Na tej ogromnej równinie nie było ani jednego budynku, a jedyny obiekt architektoniczny stanowiła drewniana ambona myśliwska oznaczona numerem 60.

Zajadaliśmy się kiełbasą z ogniska, jakbyśmy nie spożywali żadnego posiłku przez kilka ładnych dni. Każdy kawałek wędliny okraszony był musztardą oraz keczupem i zagryzany świeżym chlebem… wrocławskim. Do tego wszystkiego łyk zimnego piwa pozwolił nam się zrelaksować i całkowicie zapomnieć o dopadającym nas zmęczeniu.

Nim słońce dotknęło czubków drzew, moja wszędobylska natura kazała mi zwiedzić okolicę. Udałem się więc na spacer – najpierw w kierunku ambony, by z wysokości zobaczyć niekończące się uprawy i zielone łąki, a potem polną drogą z biegiem Wisły, wzdłuż szpaleru drzew i łanów zbóż. Po niecałych dziesięciu minutach dotarłem do asfaltowej drogi i podtopionej przystani promowej. To tu zatrzymywał się jedyny w swoim rodzaju nieszawski prom bocznokołowy. Z tablicy informacyjnej wyczytałem jednak, że z powodu podwyższonego stanu wody przeprawy zostały zawieszone do odwołania. Mogłem za to podziwiać niewiarygodnie piękny zachód słońca. Paleta barw zaczynała się mocnymi granatami na niebie, a kończyła czerwienią i czernią horyzontu. Całość uzupełniały jasne chmury, wyglądające jak pociągnięcia pędzla ręką utalentowanego malarza.

Do namiotu wróciłem o zmierzchu, porządkując w głowie te wszystkie chwile, które przytrafiły się nam w trakcie całej podróży. Chociaż każdy fragment wyprawy był na swój sposób wyjątkowy, to bez większego namysłu stwierdziłem, że miniony dzień był numerem jeden w rankingu najbardziej widowiskowych miejsc i wydarzeń podczas całego spływu.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz