Duży w podróży
Kajakiem przez Polskę – Dzień 9: Pościg za czasem

Kajakiem przez Polskę – Dzień 9: Pościg za czasem

Sen został brutalnie przerwany przez dźwięk budzika. Próbowałem dojść do siebie, ale przychodziło to z ogromnym trudem. Nie wiedziałem co się dzieje, gdzie jestem, dlaczego leżę w namiocie i dokąd tak naprawdę zmierzam. Starałem się pozbierać myśli, ale nie przychodziło mi do głowy nic sensownego. Czułem się tak jakbym przed chwilą dostał pałką w łeb. Z wysiłkiem podniosłem się na obolałych rękach, potrząsnąłem głową nabierając jednocześnie powietrza w płuca. Wreszcie zaczynały do mnie docierać fakty – płynę Wisłą, nie jestem sam i jest to już kolejny dzień naszej podróży. Rozglądnąłem się kilka razy po namiocie i sprawdziłem godzinę na zegarku. Była 6:30.

Wypłynęliśmy godzinę później. Pogoda tradycyjnie była kiepska, lecz nie wzbudziło to w nas żadnych dodatkowych emocji. Przyzwyczailiśmy się już do chmur, mgły, deszczu, burzy, gradu, chłodu, a nawet mocnego wiatru. Ot, kolejny dzień, którego barwa przypominała szare, sprane prześcieradło, zamoczone dodatkowo w gęstej mieszaninie popiołu i wody. Humory nie były najlepsze. Podróżnicza euforia odleciała gdzieś w siną dal, a w jej miejscu pojawił się zwykły, monotonny obowiązek pokonywania kolejnych kilometrów pochmurnej Wisły. Byłoby cudownie gdyby choć na chwilę dało się zatrzymać na wyspie, przesypać przez palce gorący piasek, zjeść ciepły posiłek, wygrzać w słońcu zziębnięty organizm i leżeć, leżeć, leżeć…

Im bliżej Warszawy byliśmy, tym rzeka stawała się coraz bardziej uregulowana. Pojawiły się betonowe brzegi i długie ostrogi. Zamiast tyczek drogę wodną wyznaczały pławy. Po lewej stronie widniał budynek przepompowni oraz kolektor ściekowy elektrociepłowni Siekierki, w pobliżu którego wędkarze beztrosko rozkładali swoje stanowiska. Chociaż hałaśliwe miasto było na wyciągnięcie ręki, to ciągle płynęliśmy między szpalerem zielonych drzew. Zwiększył się również ruch holowników, pchaczy, pogłębiarek i całego sprzętu wydobywającego kruszywo z dna rzeki. Co rusz rurociągi, taśmociągi, urządzenia załadowcze oraz pracujące nieustannie maszyny. Na brzegach jasnym kolorem odznaczały się tylko góry piachu oraz kamieni o różnej ziarnistości i objętości.

Pierwszą przerwę zrobiliśmy na skromnej plaży miejskiej, u wejścia do Portu Czerniakowskiego. Kajak zostawiliśmy przy drewnianym pomoście, a potem wyszliśmy po betonowych schodkach na brzeg. Na wodzie kilka niedużych łodzi przykrytych plandekami czekało na swoich właścicieli. Tuż obok zacumowana była barka i trzy spore jednostki silnikowe z podnoszonymi trapami znajdującymi się na dziobie. Dalej, na drugim brzegu, ponad drzewami górował Stadion Narodowy. W najbliższej okolicy nie było żywego ducha. Niespodziewanie jednak podszedł do nas starszy człowiek w kapitańskiej czapce.

Chwila rozmowy wystarczyła, abyśmy dowiedzieli się nieco o żegludze, przeznaczeniu niektórych jednostek pływających oraz ruchu turystycznym w Warszawie. Sami też opowiedzieliśmy o swoich zamiarach, a starszy pan przyznał, że zaciekawił go nasz kajak. Mnie natomiast ciekawiło coś jeszcze.
– Pan pływa na tych statkach? To jakieś holowniki? – zapytałem.
– To są promy na bazie przebudowanych statków – odrzekł kapitan i zamyślił się. – Pojawiło się zapotrzebowanie na takie jednostki, miasto ogłosiło przetarg, a sprytny inwestor wykorzystał sprzęt służący niegdyś do zupełnie innych celów – dodał po chwili.
– Dużo jest chętnych do przeprawy na drugi brzeg?
– Bywa bardzo różnie. Czasami przez cały dzień nie ma nikogo, innym razem jest tylu ludzi, że nie jesteśmy w stanie ich przewieźć w trakcie jednego kursu. Prom ma ograniczoną pojemność, ale nie wszyscy potrafią to zrozumieć. Niektórzy starają się nas przekonać, że jedna, czy dwie dodatkowe osoby nie będą stanowić problemu. My i tak trzymamy się przepisów. Nie zabieramy nadprogramowych pasażerów, chociaż bardzo o to proszą.

Warszawę oglądaliśmy przez kilkanaście kilometrów. Stolica, jak każda metropolia, mogła się pochwalić nowoczesnymi budynkami, wieżowcami, czy wielopoziomowymi centrami handlowymi, do których ciągnęły tłumy ludzi. Między innowacyjnymi biurowcami przebijało się zabytkowe Stare Miasto z kamienicami o różnokolorowych elewacjach, przykrytymi ceramiczną dachówką. Ruch nie zamierał – tysiące aut wiło się między kolejnymi przecznicami, a wyładowane ludźmi autobusy i tramwaje co kilka minut przemykały po swojej stałej trasie. Mogliśmy przez chwilę zobaczyć tempo życia warszawiaków. Kierowcy starali się ominąć korki, piesi pędzili na przystanki, rowerzyści gnali przed siebie na swych jednośladach. Nikt nie próbował się zatrzymać, liczyła się bowiem każda sekunda w pościgu za uciekającym czasem. Jedynie na Wiśle gościł spokój, panowała harmonia i nikt nigdzie się nie śpieszył. To był jakby inny wymiar, odizolowany tunel, w którym czas płynął wolniej niż miało to miejsce w otaczającym nas mieście.

Odpłynąwszy od centrum ponownie mogliśmy podziwiać lasy łęgowe, wyspy, rezerwaty, a w nich bogactwo fauny i flory. Gdzieś nad głowami przemknął nam bielik, w innym miejscu ptaki raczyły nas przepięknym śpiewem. Przebywaliśmy jeszcze na terenie stolicy, lecz zwierzęta zdawały się mieć za nic bliskość człowieka, samochodów i hałasu. Akurat tych rejonach znajdowały swoje miejsca, tam zakładały gniazda, rozwijały się, polowały na skraju cywilizacji. To był ich dom, chociaż przebywały w niewielkiej oazie na betonowej pustyni miasta. Wisła dawała im jednak schronienie, pożywienie i broniła przed niebezpieczeństwem. To one, będąc w swoim naturalnym środowisku, miały przewagę nad ludźmi i potrafiły schować się w najmniej oczekiwanym miejscu.

Po godzinie trzynastej odpoczywaliśmy u podnóża ruin spichlerza, zbudowanego przy ujściu Narwi w 1844 roku. Budowla początkowo pełniła funkcję magazynu zbożowego, później przechowywano w nim broń i materiały wybuchowe. Obiekt został przystosowany do obrony przed nieprzyjacielem: posiadał otwory umożliwiające ostrzał artyleryjski oraz otwory na ręczną broń palną. Grubość murów sięgała nawet 180 cm. Od strony Narwi budynek miał trzy portale wyposażone w urządzenia pozwalające na przeładunek towarów oraz cumowanie statków. Z drugiej strony spichlerza dostępny był tylko jeden, duży portal. Całość była pięknie zdobiona płaskorzeźbami i starannie wykończona wspaniałymi detalami. Niektóre z nich podziwiać można do teraz. Niestety szczególne piętno na budowli odcisnęła II Wojna Światowa. We wrześniu 1939 roku cały spichlerz został zbombardowany przez wojska niemieckie, a po wojnie częściowo rozebrany. Niektóre źródła podają, że cegły pochodzące z rozbiórki zachodniego skrzydła przeznaczone zostały na odbudowę Warszawy. Nie jest to jednak sprawdzona informacja, a sam fakt rozbiórki nie został najprawdopodobniej udokumentowany. Na dzień dzisiejszy w bardzo kiepskim stanie została tylko część centralna oraz wschodnie skrzydło monumentalnej budowli.

Stojąc u podnóża spichlerza człowiek czuje się naprawdę mały. Ruiny sprawiają niesamowite wrażenie. Architekt miał niezwykły rozmach w projektowaniu tego obiektu, a przy tym wykazał się równie niezwykłym smakiem w planowaniu najdrobniejszych detali. Rzucając okiem na frontową ścianę od razu wyróżnia się wspomniana wcześniej płaskorzeźba po obu stronach portalu. W górnej części, co kilka metrów rozmieszczone są maszkarony, które były zwieńczeniem otworów wentylacyjnych sięgających dolnych kondygnacji. Wgłębiając się w architekturę budynku bez trudu dostrzec można ogromne uchwyty cumownicze, czy bloczki do przeciągania lin, które nie były tylko pospolitym wyposażeniem, a stanowiły również niezwykłą ozdobę. Takich smaczków można znaleźć więcej. Niestety są to nieliczne zachowane elementy spichlerza. Obecnie przeważającą część obiektu stanowią zniszczone mury, piwnice i pomieszczenia, w których zwykle zalegają pryzmy cegieł spadających ze stropów. Brak jest wyższych kondygnacji oraz dachu. Od strony rzeki zachowały się tylko dwa portale ze schodami.

– Zanurz wiosło w wodzie i zobacz do jakiej głębokości będzie widoczne pióro – zaproponowałem Kubie gdy odpływaliśmy spod spichlerza.
– Niewiele widać. W zasadzie widoczność jest zerowa – odrzekł.
– Teraz poczekaj, aż wpłyniemy na Narew.
Przejrzystość Narwi jest zaskakująca jeśli porównać ją z Wisłą. Gdyby spojrzeć na dopływ z lotu ptaka, można odnieść wrażenie, że w jednym korycie płyną dwie różne rzeki, mieszające się z biegiem czasu w jedną mętną toń. I faktycznie – wystarczyło pięć minut i prosty eksperyment, by zobaczyć ogromną różnicę w czystości. Podczas gdy Wisła niesie ze sobą brudną zawiesinę, Narew może pochwalić się ciemną, ale klarowną wodą.

Na rzece flauta. Spokojnie minęliśmy Zakroczym, potem komin opuszczonej cegielni w Mochtach. Przestrzeń wypełniała cisza, którą my zakłócaliśmy za każdym razem, gdy wbijaliśmy wiosła w gładką taflę Wisły. Kanapki przygotowane przez Kubę w trakcie podróży w takich okolicznościach smakowały wyśmienicie.

Wkrótce zaczęliśmy szukać odpowiedniego terenu na biwak. Każde odległe miejsce wydawało się wprost idealne na namiot. Kiedy jednak podpływaliśmy bliżej okazywało się, że brzeg był zbyt stromy, a piasek tak naprawdę wyglądał przyjaźnie tylko z daleka. Chaszcze ciągnęły się w nieskończoność, brak było płaskiego terenu, ciężko było wyjść z kajaka. Marudziliśmy jak wczasowicze na płatnych wakacjach, dopieszczani przez organizatora, który zawsze podsuwa pod nos gotowe rozwiązanie. Może to przyzwyczajenie z przepięknych biwaków i miejsc, jakie dane nam było po drodze odwiedzić, a może po prostu brak słońca chcieliśmy zrekompensować świetnym widokiem i wieczornym klimatem ogniska.

Ostatecznie rozłożyliśmy się na niedużym wypłaszczeniu, schowani od wiatru między zaroślami. Front i główne wejście namiotu skierowaliśmy w stronę Wisły w taki sposób, by można było wygodnie spoglądać na zachodzące słońce i spokojną wodę. Po niespełna dziewięciu godzinach mieliśmy za sobą rekordową odległość 75 kilometrów, co wprawiło nas w niemałe zaskoczenie.

Kuba zmęczony ułożył się do snu, a ja wyszedłem jeszcze na brzeg z nadzieją na ciepły zachód słońca. Spędziłem dobrą godzinę obserwując umykające chmury oraz dwa holowniki ciągnące z trudem barki w górę rzeki. Okolica powoli barwiła się na pomarańczowo, potem czerwono, a gdy ucichł jednostajny dźwięk silników i obłoki ponownie przesłoniły słońce, zostawiłem na piasku odciski stóp, a potem zasunąłem za sobą zamek przy wejściu do namiotu.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

1 komentarz

  • To jednak są SKARBY WISŁY… trzeba je tylko umieć odnaleźć – żeby je potem ładnie opisać. Niestety, tylko nielicznym się to tak udaje…