Duży w podróży
Kajakiem przez Polskę – Dzień 8: Sentymentalna podróż

Kajakiem przez Polskę – Dzień 8: Sentymentalna podróż

O poranku gęsta mgła oblała okolicę. Za mlecznym płaszczem schowały się pobliskie lasy i malownicze wysepki. Nie było widać elektrowni, zniknęły też barki zacumowane w pobliżu, a sama rzeka kończyła się kilkadziesiąt metrów dalej w białej otchłani. Naszych uszu dobiegał tylko szum pracujących generatorów prądotwórczych i delikatny plusk wody. Powietrze było ciężkie, przepełnione wilgocią, a złocisty dotychczas piasek namókł wodą jak gąbka, zmieniając kolor na szarożółty.

Przyjazna wyspa położona w zacisznym fragmencie rzeki, ze skromną plażą i drzewami dającymi cień w upalne dni, za sprawą pogody przeobraziła się w brzydkie i nieciekawe miejsce, na które mało kto chciałby przypłynąć. Nasz namiot stał wśród kępek skrzypów, otoczony wysuszonymi badylami i plackami błota o nieregularnych kształtach. Ciemne kolory przytłaczały i powodowały przygnębiający nastrój, a przesuwający się z wolna opar krążył dookoła szczelnie zasłaniając niebo. Jeszcze dzień wcześniej ten skrawek piasku był idealną przystanią dla zmęczonych podróżników, których marzeniem było rozłożyć namiot. Patrząc na to wszystko o poranku miałem nieodparte wrażenie, że coś dziwnego wisi w powietrzu, coś kryje się za ścianą mgły lub obserwuje nas z pobliskich zarośli. To był ten moment, kiedy intuicja mówiła mi, że pora się zbierać. Nie było powodu, dla którego mielibyśmy to robić w pośpiechu, ale opuściliśmy wyspę nadzwyczaj szybko.

Nie minęła godzina, a po mgle nie było śladu. Nad głowami wisiały za to paskudne ołowiane chmury. Znów siedzieliśmy w sztormiakach i wlepialiśmy wzrok w nieokreśloną przestrzeń. Jednocześnie trzymaliśmy się nurtu i razem z nim przemieszczaliśmy po całej szerokości koryta, omijając wyspy to z lewej, to z prawej. Prędkość, z jaką żywioł niósł nas przed siebie wahała się zwykle od dziewięciu do dziesięciu kilometrów na godzinę, jednakże każde opuszczenie silnego prądu zauważalnie obniżało tempo naszej podróży. Na tle drzew czasem ciężko było dostrzec tyczki wyznaczające drogę wodną dlatego staraliśmy się dokładnie obserwować i czytać rzekę. Taka umiejętność była szczególnie przydatna na tym odcinku Wisły ponieważ wyspy, wysepki, łachy i mielizny zajmowały znaczną część koryta. Zdarzało się niechcący osiąść na płyciźnie albo dotykać wiosłami dna, ale wtedy szybko zmienialiśmy kurs i omijaliśmy niewidoczną przeszkodę.

Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się na jednej z wysp. Było to dla mnie szczególne miejsce, bo właśnie tam spędziłem razem z Kasią jedne z najlepszych wakacji w życiu. Niegdyś była to rozległa łacha piachu na łagodnym zakolu, umiejscowiona z prawej strony koryta, długa, rozciągnięta na kilkaset metrów. Wyspa kształtem przypominała wygiętą, grubą linię zakończoną grotem. Ta forma od razu przypadła do gustu Kasi, dlatego bez większego namysłu nazwała ją Strzałką. Na środku znajdował się gęsty las łęgowy wyścielony niskopiennymi roślinami. Od północy i południa rozpościerały się ogromne, przepiękne plaże, które w słońcu wyglądały jak dzikie nadmorskie piaski wyrównane wiatrem. Na jednym z końców kępy utworzyła się zatoczka, w której woda miała nieco wyższą temperaturę. Zachwycające były naturalne elementy tego krajobrazu – ogromna kłoda naniesiona przez wodę, wydmy, zagłębienia, roślinność, ptaki i niezliczona ilość muszelek oraz kamieni o fantazyjnych kolorach.

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nurt zakręcił ostro w lewo, przeciął trzecią część wyspy, zagarnął ogromne ilości piachu i rozmył plażę w wiślanych wodach. Razem z piaskiem odpłynęła część chwil, które spędzaliśmy na spacerach, zniknęła zatoczka, wysuszona kłoda, zniknęły wydmy i teren, który nieraz obchodziliśmy dookoła o zachodzie słońca. Pozostały tylko wspomnienia i pamiątkowe zdjęcia, których być może nigdy nie uda się powtórzyć. Przykro było patrzeć na to wszystko, kiedy w pamięci pojawiały się wyraźne obrazy sprzed dwóch lat. Przed oczami miałem odtworzony z zegarmistrzowską precyzją zarys plaży, widziałem każde zakole, każdy krzaczek, dołek i pagórek. Wiedziałem w którym kierunku mógłbym iść, by dotrzeć w wybrane przez siebie miejsce. Niestety nie mogłem. Natura zabrała mi część marzeń, zagarnęła skrawek miejsca na ziemi, które od razu stało się moim ulubionym. Tam była moja oaza, tam odczuwałem wewnętrzny spokój i tam najlepiej odpoczywałem. Jedynymi zachowanymi śladami naszej wakacyjnej obecności były przedmioty codziennego użytku, które wykonaliśmy z kory, patyków i grubych konarów. Aż łezka w oku zadrżała kiedy zobaczyłem, że przez dwa lata w tym samym miejscu zdołały przeleżeć rzeczy, które kiedyś służyły nam w codziennych czynnościach.

Natura raz daje, raz zabiera. Na Wiśle jest to szczególnie widoczne. Każda wyspa co roku zmienia swój kształt, długość lub szerokość. Jedne znikają, inne pojawiają się na nowo. Są takie, które przetrwają nawet największą wodę i takie, które nie oprą się silnemu nurtowi. Na rzece trwa nieustanne modelowanie przestrzeni, więc jest jeszcze nadzieja, na odzyskanie kawałka naszej plaży. Może za kilka lat nurt ponownie zmieni bieg, a wyspa odrodzi się jeszcze piękniejsza, jeszcze większa i okazalsza niż to było do tej pory.

Sentymentalna podróż dobiegła końca. Z biegiem czasu zaczęło się przejaśniać, chmury jęły się wybielać, a rzeka nabierała przyjaźniejszej barwy za sprawą błękitu bijącego z nieba. Minęliśmy ujście Pilicy, najdłuższego lewego dopływu Wisły, a potem skręciliśmy wraz z rzeką długim łukiem w prawo. W odległości około trzech kilometrów, na lewym brzegu, stał zamek książąt mazowieckich w Czersku.

Warownia powstała na przełomie XIV i XV wieku na miejscu przestarzałego grodu. Zbudowany z cegły zamek miał nieregularny kształt i posiadał dwie cylindryczne baszty. Na dziedziniec wjeżdżało się przez bramę umiejscowioną w trzeciej, prostokątnej wieży. Zamek od XVI wieku był własnością królewską. Przez ten czas przeszedł mnóstwo zmian i modernizacji, by w późniejszym czasie podczas najazdu Szwedów popaść w ruinę. Budowlę ostatecznie zniszczyli Prusacy, a następnie I Wojna Światowa. Obecnie obiekt udostępniono dla turystów do zwiedzania.

Przed Górą Kalwarią zrobiliśmy sobie długą przerwę. Pogoda była wyśmienita – świeciło słońce, wiał lekki wiaterek, a ciepły piasek grzał w stopy jak stary poczciwy piec kaflowy. Można było w nieskończoność leżeć na plecach i patrzeć prosto w przelatujące chmury. Byliśmy na ogromnej wyspie, z wielką pustynią, na końcu której kołysały się wysokie drzewa. Dwumetrowe krzaki i uschnięte konary, rozrzucone nieregularnie po całym obszarze, dopełniały ten wspaniały obrazek. Z tego miejsca było też widać oddalony o kilka kilometrów most, zniekształcony delikatnie przez ciepło ulatujące ku górze.

Idylla skończyła się w momencie, gdy zaczęły nadciągać burzowe chmury. Nie było wyjścia – wsiedliśmy w kajak i znów pognaliśmy przed siebie, by przepłynąć jeszcze kawałek rzeki w rozsądnych warunkach. Szybko minęliśmy jeden most, potem drugi, a następnie pogłębiarkę z rurociągiem ciągnącym się przez większą część koryta Wisły. Dopóki sprzyjała pogoda życie toczyło się w normalnym, aczkolwiek czasem niecodziennym rytmie. Na brzegu ktoś w stylu karate próbował pokonać swojego wyimaginowanego przeciwnika i wymachiwał kończynami w powietrzu trafiając w pustą przestrzeń przed sobą. Ktoś inny z żyłką uwiązaną do patyka starał się złapać rybę większą niż to, co wyciągał każdorazowo z wody, i z zazdrością patrzył na rybitwy pikujące w kierunku upatrzonych ofiar. Potem znów nastała niezwykła cisza, która zwiastować mogła tylko jedno. Burzę.

Głuchy dźwięk, podobny do dudnienia przejeżdżającego pociągu, przeciął ciszę ponad zalesionym brzegiem. Brakowało nam raptem kilku kilometrów, by jeszcze na sucho rozłożyć namiot. Niestety burzowe chmury szybko nas dogoniły i zaczęły straszyć jasnymi gromami. Spadło kilka kropel deszczu, błysnęło mocno parę razy i… cała nawałnica niespodziewanie skręciła w stronę Warszawy. Widzieliśmy jak na horyzoncie z gęstych, granatowych chmurzysk wydobywa się coraz więcej błyskawic, a woda leje się gęstymi strugami. Nad głowami strzeliły nam kilka razy pioruny, ale wkrótce z obliczeń wyszło, że to tylko mała cząstka tego, co dzieje się nad stolicą.

Rozkładanie całego biwaku poszło nam tak szybko, że z powodzeniem moglibyśmy startować w niejednym konkursie. Pomiędzy kolejnymi opadami deszczu stanął namiot, przeniesiony został cały sprzęt, a kajak tradycyjnie wylądował na boku podparty kawałkiem patyka. Zamek błyskawiczny przy wejściu zasunęliśmy około piętnaście minut po wyjściu na ląd. Byliśmy zmęczeni, a jednocześnie bardzo zadowoleni. Powód do szczęścia był – pokonaliśmy już ponad połowę drogi, a nazajutrz mieliśmy wpłynąć do Warszawy. Odtąd do celu miało być już coraz bliżej.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz