Duży w podróży
Kajakiem przez Polskę – Dzień 12: Smak chwili

Kajakiem przez Polskę – Dzień 12: Smak chwili

Obudziliśmy się dokładnie w momencie, gdy słońce uderzyło promieniami w nasz namiot. Mimo że świt nie należał do najcieplejszych, a na tropiku widniały jeszcze krople rosy, to wnętrze natychmiast nagrzało się do temperatury porównywalnej z fińską sauną. Rozsunęliśmy zamek, wpuściliśmy do środka rześkie powietrze, uruchomiliśmy przenośne radyjko i przystąpiliśmy do tradycyjnych, porannych czynności.

Mieliśmy już za sobą 742 kilometry wiosłowania przez Polskę. Kiedy uświadomiłem sobie ten fakt, nie mogłem wyjść ze zdumienia jak szybko uciekły te wszystkie dni. Jeszcze nie tak dawno byliśmy w Kazimierzu Dolnym, Dęblinie, Warszawie. Nie tak dawno startowaliśmy w Goczałkowicach, przenosiliśmy kajak między stopniami wodnymi Górnej Wisły i szczęśliwi wpływaliśmy do Krakowa. Czas gnał wraz z rzeką, jak pociąg ekspresowy, który koniecznie musiał przyjechać punktualnie do wyznaczonej stacji. Znikały kolejne kilometry, a ja nawet nie zdążyłem zauważyć, jak blisko jesteśmy celu.

Wyruszyliśmy kilkanaście minut po siódmej i wkrótce znaleźliśmy się na wysokości Nieszawy. Zwrócone w kierunku Wisły zabudowania oświetlało żółte, ciepłe światło wschodzącego słońca. Na bulwarach nie było nikogo, a po głośnych nocnych imprezach zostało tylko wspomnienie. Przy brzegu stał zacumowany niebiesko-żółty prom bocznokołowy, który chwilowo wyłączono z ruchu. Ta niecodzienna jednostka zbudowana została w 1991 roku jako prototyp. Ma 23 metry długości i 12 metrów szerokości, a przy tym jej wyporność to 16 ton. Oprócz swojego głównego przeznaczenia stanowi także ciekawą atrakcją turystyczną. Jest to konstrukcja unikatowa na skalę Polski, choć prom o takiej samej budowie zaobserwowałem także w pobliżu elektrowni Kozienice.

Przedpołudnie było wyjątkowo gorące. Nagrzane powietrze wisiało w bezruchu, żar nieustannie lał się z nieba, a cień stawał się coraz krótszy i chował się pod drzewami rosnącymi przy brzegu. Skóra świeciła się od kropelek potu wymieszanych z kremem przeciwsłonecznym i z każdym kilometrem stawała się coraz bardziej lepka. Nie było czym oddychać, bo upał tłamsił nas bezlitośnie i nie zamierzał przestać ani na chwilę. Gdyby chociaż delikatny wiaterek zaszeleścił liśćmi drzew, ruszył tą masę suchego powietrza lub przygnał jeden, czy dwa obłoki. Nic z tego – atmosfera nie chciała się w żaden sposób zmienić, a my smażyliśmy się na otwartym ogniu, przypiekani powoli z każdej strony. Natura miała ewidentny problem w stopniowaniu warunków pogodowych lub gdzieś tam na górze nastąpiła poważna awaria termostatu.

Nim osiągnęliśmy toruńską starówkę czekała nas przeprawa pod nowo budowanym mostem drogowym Trasy Wschodniej. Ta kosztowna inwestycja imponowała rozmiarem, rozmachem i architektonicznym kunsztem. Most, chociaż nie był jeszcze skończony, już zachwycał swoim kształtem. Był to dla mnie symbol nowoczesności, przemian nad Wisłą, a jednocześnie wspaniałej wiedzy konstruktorów i architektów. Do pracy zaprzęgnięto nie tylko maszyny na lądzie, lecz także zaawansowany sprzęt wodny. Barki, holowniki, pchacze, dźwigi i żurawie, łodzie, motorówki, koparki – to wszystko było zacumowane w korycie rzeki. Mimo tego gęsta sieć pław, a także znaki brzegowe, informowały jednoznacznie o przebiegu drogi wodnej oraz nakazywały przedsięwziąć szczególne środki ostrożności przy pokonywaniu tego fragmentu Wisły. Zastosowaliśmy się więc do wszystkich zaleceń (no może za wyjątkiem nakazu nadania sygnału dźwiękowego) i bezpiecznie ominęliśmy cały ten majdan.

Toruń z punktu widzenia kajakarza jest przepiękny. Panorama miasta, od mostu Piłsudskiego do mostu Malinowskiego, widziana z lewego brzegu Wisły, jest pozycją obowiązkową dla każdego wodniaka przybywającego do grodu Kopernika. Bezpośrednio nad Wisłą dumnie prezentują się budowle obronne, spichlerze, bramy miejskie, kościoły, ratusz, baszty, wieże, wieżyczki, kamienice i magazyny, a wszystko to otoczone wysokim murem obronnym. Podstawowym budulcem użytym do konstrukcji tych wszystkich obiektów była oczywiście cegła, co nadaje całemu otoczeniu naprawdę niesamowity klimat. Nawet hotele czy restauracje są wtopione w krajobraz i wizualnie nie odstają od pozostałych kamienic. To wszystko sprawia, że Toruń uznałem najpiękniejszym miastem położonym nad Wisłą.

Czas ucieka szybko, kiedy zagląda się we wszystkie uliczki i zakamarki, chodzi pomiędzy budynkami Starego Miasta, odwiedza kościoły, muzea, zatłoczone place i niewielkie knajpki. Na wizytę w Toruniu trzeba więc przeznaczyć zdecydowanie więcej czasu niż mieliśmy go my. Chociaż miasto widziałem już od podszewki, chodziłem zabytkowymi deptakami i próbowałem najsłynniejszych w Polsce pierników, to zawsze chętnie wracam w to miejsce i zawsze jestem pod ogromnym wrażeniem grodu, który korzeniami sięga zamierzchłych czasów Krzyżaków.

Upalna rzeka ciągnęła się w nieskończoność długim, prostym odcinkiem. Kiedy wydawało się, że na końcu tej wodnej autostrady będzie jakiś zakręt, zza drzew wyłaniał się dalszy ciąg drogi sięgający horyzontu o kolejne kilka kilometrów dalej. Dopiero kiedy minęliśmy Solec Kujawski naszym oczom ukazał się jeden z najdłuższych zakrętów na całej rzece – zakole Wisły w Bydgoszczy.

Do centrum miasta było daleko. Nieliczne zabudowania przemysłowe, które ujrzeliśmy na lewym brzegu to tak naprawdę przedmieścia i obrzeża Bydgoszczy. Tylko Fordon, dzielnica niegdyś będąca oddzielnym miastem, ma dostęp bezpośrednio do rzeki. Aby jednak zobaczyć miasto w całej okazałości można dopłynąć do niego Brdą. Prawy brzeg zakola zarezerwowano natomiast na rezerwat leśny o nazwie Wielka Kępa Ostromecka. Ten ogromny teren to wymarzone miejsce dla wielu gatunków zwierząt, a przede wszystkim miejsce występowania wiekowego i bogatego drzewostanu.

Kiedy obłoki zaczęły stopniowo przesłaniać niebo, nasze wieczorne ognisko stanęło pod dużym znakiem zapytania. Okazało się jednak, że oprócz białych stratocumulusów nie nadciągnęła żadna burzowa chmura, a my mieliśmy za to chwilę wytchnienia od prażącego słońca. Dopiero wieczorem zagrzmiało, przewaliło się po niebie ciemne chmurzysko, strzeliło kilka piorunów i po burzy nie było ani śladu.

Dzień zakończyliśmy po przepłynięciu rekordowego dystansu 76,5 kilometra. Znalezienie dogodnego miejsca biwakowego było jednak nie lada wyzwaniem, bo dostępu do lądu broniły gęste krzaki, powalone drzewa i liczne zarośla. Dryfowaliśmy więc przy brzegu przeczesując każdy metr w poszukiwaniu choćby niedużej polany, na której moglibyśmy rozstawić namiot. Manewrowaliśmy między konarami, trafialiśmy na nieduże zatoczki i omijaliśmy gałęzie wiszące tuż nad głowami. Wreszcie wpłynęliśmy pod rozłożyste drzewo i znaleźliśmy wydeptaną ścieżkę prowadzącą w kierunku dużej łąki, gdzie ostatecznie założyliśmy kajakarski obóz.

Rozpaliliśmy małe ognisko bezpośrednio nad Wisłą. Przygotowaliśmy chleb, kiełbasę, keczup, musztardę, zaostrzyliśmy patyki, wybraliśmy odpowiednie miejsca na nasze cztery litery i przystąpiliśmy do rytuału smażenia wędliny. Mimo że głód ponaglał nasze kubki smakowe, to ze spokojem, bez pośpiechu i dokładnie wędziliśmy ją w gorącym dymie. Im dłużej to trwało, tym bardziej smakował późniejszy posiłek. Tłuszcz kapał na rozpalone drewno, a zapach ogniska kłębił się pod koroną drzewa. Wreszcie, gdy kiełbasa nabrała ciemnobrązowego koloru, a skórka wystarczająco się przysmażyła, zdjąłem całość z patyka, położyłem na kromce chleba i polałem obficie gęstym keczupem.

Nie tylko kolacja smakowała wtedy wyśmienicie – cała otoczka, klimat i bliskość rzeki, miały wpływ na nasz wspaniały nastrój. Smakowaliśmy każdą chwilę odpoczywając na łonie natury. Potem wspominaliśmy dotychczasowe przygody, trudności, kiepską pogodę, snuliśmy plany na ostatnie trzy dni wyprawy. Byliśmy już prawie na miejscu, na wyciągnięcie ręki od celu i tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności mógł nam przeszkodzić w dotarciu do Gdańska. Gdzieś tam krążyła nutka radości, jednak oboje staraliśmy się jej nie okazywać, żeby niepotrzebnie nie zapeszać i nie wywoływać wilka z lasu.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz