Duży w podróży
Kajakiem przez Polskę – Dzień 13: W cieniu drzewa

Kajakiem przez Polskę – Dzień 13: W cieniu drzewa

Klekot ciągnika rozniósł się po okolicy. Pobliskie pole rozświetliły jasne reflektory, przebijające się przez czarną jak smoła noc. W ślad za nimi podążała hałaśliwa maszyna, która mozolnie przewracała ziemię za pomocą dużego pługa. Teren orki musiał być ogromny, bo z każdą minutą odgłos silnika cichł, aż wreszcie zniknął gdzieś w oddali. Przewróciłem się na drugi bok i z trudem zasnąłem po nieplanowanej pobudce. Wtedy ciągnik zawrócił, by po kilkunastu minutach ponownie warczeć w pobliżu namiotu. Kolejna pobudka, kolejne próby zaśnięcia, kolejny klekot traktora, znów krótki sen, hałas, sen, dźwięki, klekot, pobudka, zgiełk, drzemka… I tak całą, długą noc.

Kiedy nad ranem zaczęło grzmieć, a potem gęsty deszcz spadł na ziemię, kierowca wrócił swym pojazdem do domu, a ja wreszcie usnąłem na dobre. Dźwięk kropel uderzających o tropik namiotu był wtedy cudowną i uspokajającą melodią graną delikatnie na instrumencie perkusyjnym, której wtórowały mocne, basowe dudnienia nadchodzącej burzy. Potem, po kilkunastu minutach, nastała upragniona cisza.

Nim wyruszyliśmy pojawiła się dwójka miejscowych ludzi, którzy zaciekawieni kajakiem wypytywali o przebieg wyprawy i dane techniczne samej jednostki pływającej. Przyjechali w to miejsce własnoręcznie skonstruowanym pojazdem składającym się w zasadzie tylko z małolitrażowego silnika na kołach, połączonego na stałe z jednoosiową przyczepką. Wehikuł ten służył im głównie do przewożenia znalezionych nad Wisłą śmieci nadających się jeszcze do recyklingu. W ten oto sprytny sposób panowie smażyli dwie pieczenie na jednym ogniu – sprzątali brzegi i dorabiali na sprzedaży puszek, butelek i innych surowców wtórnych.

Kilometry uciekały w błyskawicznym tempie. Nie przykładaliśmy się jakoś specjalnie do wiosłowania, za to nurt był wyjątkowo silny. Kierowani znakami brzegowymi czasem podążaliśmy od lewej do prawej strony koryta i na odwrót. Z reguły jednak trzymaliśmy się środka Wisły. Temperatura sprzyjała podróżowaniu – nie było ani upalnie, ani zimno.

Pierwszy postój pod mostem w Chełmnie. Wcisnęliśmy w siebie po kanapce, rozprostowaliśmy nogi, rozejrzeliśmy się po okolicy. Przy filarze stał niewielki motorower, stylizowany na prawdziwego Harleya z amerykańskich bezdroży – z płomieniami na baku i skórzanym siedziskiem zakończonym oparciem. Nieco dalej, z krzaków wystawały dwie wędki, przy których zapewne siedział właściciel tego wypucowanego jednośladu. Nie zostawia się przecież bez opieki tak pieczołowicie odnowionej maszyny. Jednak nim ktokolwiek zdążył zauważyć, że przypłynęliśmy, nas już dawno nie było.

Niecałą godzinę później, na lewym brzegu ujrzeliśmy ruiny zamku krzyżackiego w Świeciu, a przed nami rozległe zalesione wzniesienie morenowe opadające stromizną w kierunku Wisły. Minęliśmy ujście Wdy, a potem razem z rzeką ostro skręciliśmy na wschód. Od tej chwili wzgórze ciągnęło się wzdłuż koryta, stopniowo odchodząc w kierunku północnym. O dziwo ktoś znalazł swój kawałek miejsca na tym stromym zboczu i wybudował tam niewielki domek. Chatka stała na zupełnym odludziu, bezpośrednio nad wodą, otoczona lasem oraz owiana świergotem ptaków. Dookoła roztaczały się jedynie pola uprawne, a budynek mógł być tylko dobrą bazą wypadową dla tamtejszych rolników. A może faktycznie ktoś tam mieszkał na stałe? Miejsce było idealne na odpoczynek, odizolowanie i życie w bliskości natury zgodnie z własnym rytmem i przekonaniami.

W blasku słońca przybiliśmy do Grudziądza. Poziom Wisły był bardzo wysoki – woda zalała kamienne nabrzeże, slipy oraz krzewy rosnące wzdłuż rzeki i niemal zrównała się wysokością z rozległymi błoniami. Rozłożyliśmy na trawie mokre kamizelki, fartuchy i sztormiaki. Kuba poszedł do najbliższego sklepu po zakupy, a ja przeglądnąłem sprzęt i rozejrzałem się po okolicy.

Najbardziej imponującymi budowlami były średniowieczne spichlerze – wizytówka miasta od strony Wisły, świadcząca o bogatej przeszłości handlowej Grudziądza. Gmachy wybudowano szeregowo i połączono w jeden długi blok. Stworzono w ten sposób jedyną w swoim rodzaju panoramę, jakiej próżno szukać w innych nadwiślańskich miastach. Obiekty służyły jako magazyny zbożowe, a po wielu burzliwych dziejach również jako kamienice mieszkalne. Z tej strony do miasta można wejść po stromych schodkach, u szczytu których rozpościera się przepiękny widok na pobliskie tereny. Stąd wystarczą również dwa kroki, aby znaleźć się między zabytkowymi kościołami i kamienicami oraz dotrzeć na grudziądzki rynek. Klimat podkreśla czerwień bijąca z ceglanych zabudowań, wiekowych murów i historia samego miasta.

Leżąc na trawie oglądaliśmy popisy dwójki ludzi pędzących na skuterach wodnych. Im więcej spacerowiczów pojawiało się w niedzielne popołudnie na brzegu, tym bardziej widowiskowe akrobacje miały miejsce na środku Wisły. Mocne maszyny w naszej ocenie rozpędzały się bez problemów do prędkości 80 km/h, rozcinając wodę wzdłuż i w poprzek rzeki. Karkołomne nawroty i slalomy wykonywane przez ich właścicieli powodowały duże, niejednostajne falowanie. Dla nas tacy ludzie byli dużym zagrożeniem – nie dbali o innych wodniaków, a podczas prężenia muskułów wśród znajomych, poziom ich testosteronu aż kipiał i przesłaniał logiczne myślenie. Postanowiliśmy więc przeczekać chwilowe „niedogodności”. W dalszą drogę wybraliśmy się dopiero wtedy, gdy panowie przestali się popisywać.

Podróż mijała wyśmienicie. Było gorąco, ale odpowiednia warstwa kremu chroniła skórę przed poparzeniami. Co jakiś czas nabieraliśmy do kapeluszy zimnej wody i moczyliśmy głowy z ogromną ulgą. Okolica emanowała spokojem – żadnego hałasu, brak niepotrzebnych dźwięków. Odkładaliśmy wiosła, aby co jakiś czas wsłuchać się w kojącą ciszę. Tak upłynęły kolejne dwie godziny.

Naprzeciwko miejscowości Nowe wyszliśmy tego dnia ostatni raz na brzeg. Zanim jednak zaczęliśmy rozkładać namiot, długo siedzieliśmy w cieniu jedynego drzewa, znajdującego się na ogromnej równinie poprzecinanej jeziorami. Upał dał nam się we znaki, a to było jedyne miejsce, które dawało nam schronienie przed kąsającymi promieniami słońca. Mieliśmy dużo szczęścia również z wyborem miejsca na biwak – świeżo skoszona trawa intensywnie pachniała w gorącym powietrzu, a niedługi spacer wystarczył, by spotkać choćby bociana brodzącego w pobliskiej sadzawce.

Zgoliłem zarost i przeglądnąłem się w kieszonkowym lustrze. Przetarłem wodą oczy, nos, policzki, potem wytarłem ręcznikiem. Zmyłem resztki kremu z ramion i łydek, przeczesałem mokrymi palcami suche włosy. Podczas wyprawy rzadko widziałem swoją fizis i dopiero po tych kilku dniach zobaczyłem jak bardzo wyszczuplałem. Kości policzkowe nieco się uwydatniły, a twarz stała się bardziej pociągła. Do tego czekoladowa opalenizna sprawiła, że na pierwszy rzut oka sam siebie nie poznałem w odbiciu lustrzanym.

Wieczorny pobyt nad rzeką był bardzo przyjemny. Jak dziecko poszukiwałem w chmurach fantazyjnych kształtów, siedziałem przy brzegu i wsłuchiwałem się w szum trawy. Kontur miasta odbijał się czernią w tafli kiedy słońce zaczęło chować się za horyzontem. Zachód tym razem nie był tak efektowny jak poprzednio, lecz nie przeszkadzało mi to kontemplować każdej mijającej chwili. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, a gdy komary zaczęły mocno ciąć, udałem się w kierunku namiotu. Około sto kilometrów dalej był cel naszej podróży.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

1 komentarz

  • Michał, dawno nie zaglądałem na Twoją stronę i dopiero teraz, po roku, przypomniałem sobie, że przecież taka istnieje – przyznaję się ze wstydem. A otworzyłem ją po to, by jeszcze raz, z takim samym jak kiedyś oczarowaniem, przeczytać opis wiślanej wyprawy. Przypadkowo trafiłem akurat na ten fragment, lecz po przeczytaniu, zaraz zbieram się za całą, pasjonującą lekturę od początku.
    Szkoda że nie masz czasu, by pisać więcej podobnych opowiadań.
    Pozdrawiam Andrzej A.