Duży w podróży

Kajakiem przez Polskę – Dzień 2: W domu

O poranku przywitało nas bezchmurne niebo. Słońce rzucało na okoliczne łąki złociste promienie, a te odbijały się w kroplach rosy tworząc pola migających światełek. Powietrze było rześkie, ale zdecydowanie cieplejsze niż poprzedniego dnia. Zrobiło się o wiele przyjemniej – można było usiąść przed namiotem, delektować się świeżym zapachem poranka, obserwować spokojną Wisłę i wsłuchiwać się w trele ptaków. Zapowiadał się naprawdę piękny dzień.

Najbliższa okolica sprawiała wrażenie często odwiedzanej. Wydeptane ścieżki, ślady po kołach samochodów, resztki wypalonych ognisk, czy miejsca wysiedziane przez wędkarzy świadczyły o dużej popularności tego terenu. Zresztą do najbliższych zabudowań wcale nie było daleko – wystarczyło tylko wejść na wał, aby dostrzec gęsto usiane budynki Okleśnej i Miejsca.

Najkrótsza możliwa droga, łącząca obie wsie wiodła przez most kolejowy, toteż mieszkańcy chętnie i zgodnie z niej korzystali. Konstrukcję wykorzystywano jako kładkę pieszo-rowerową ułatwiającą dzieciom dotarcie do szkoły, dorosłym dostanie się do pracy, a po godzinach jako atrakcyjne miejsce spotkań tutejszej młodzieży. Co kilkanaście minut słychać było stąpanie, które roznosiło się po stalowych belkach mostu, a później odbijało od tafli wody potęgując odgłos stawianych kroków. Pociąg nieczęsto tędy jeździł, czego dowodem były szyny pokryte rdzą oraz brak trakcji elektrycznej. Połączenia pasażerskie zlikwidowano bowiem w 2002 roku, a jedyny skład towarowy, kursujący do zakładów chemicznych w Alwerni, przejeżdża tędy raz na ruski rok. Z uczęszczanej linii została więc tylko sędziwa konstrukcja mostu i ruiny austriackiej strażnicy. Ta ostatnia wzbudziła moje największe zainteresowanie.

Budynek powstał najprawdopodobniej na początku XX wieku jako fortyfikacja pobliskiej linii kolejowej oraz strażnica kontrolująca północny przyczółek mostu. Zbudowany z cegieł obiekt posiadał dwie kondygnacje i dwie wieże strzelnicze usytuowane na przeciwległych rogach budowli. W dolnej części ściany fundamenty wzmocnione były dodatkowymi kamiennymi okładzinami, w górnej cegły pokryto warstwą tynku. Otwory okienne o różnej wielkości, wykończone solidnymi, stalowymi ramami, umożliwiały szerokie pole manewru w ostrzale nieprzyjaciela. Tyle można było sobie wyobrazić dokonując pobieżnych oględzin ruin. Obecnie zachowało się naprawdę niewiele – jedyna ocalała wieża rozsypała się w połowie, strop i ściany pierwszej kondygnacji zapadły się do wewnątrz fundamentów, a z całości obiektu został tylko ogólny zarys, obrośnięty gęstymi krzewami. Niemniej jednak warto było zajrzeć w to miejsce, by zobaczyć Wisłę przez jedno z nielicznych okien zrujnowanego budynku.

Chwilę po dziewiątej mieliśmy już za plecami jaz w Łączanach, a przed sobą jeden z najpiękniejszych i najbardziej naturalnych fragmentów Górnej Wisły. Wąskie koryto z wysokimi brzegami przyozdabiała bogata roślinność oraz niezliczona ilość jaskółczych gniazd. Kamieniste podłoże co jakiś czas przeplatało się z piaszczystymi łachami, które rzeka nanosiła meandrując swobodnie na tym odcinku. Sporadycznie pojawiały się mielizny lub porzucone przez wielką wodę korzenie i kłody. Czasem niechcący osiadaliśmy na takich mieliznach, czasem omijaliśmy niegroźne bystrza, innym razem nisko zawieszoną linę promową, ale zupełnie nie przeszkadzało nam to w podziwianiu niezwykłych krajobrazów wymalowanych ręką natury. Przy tak pięknej pogodzie warto było znaleźć się akurat tam, w kajaku, na środku Wisły.

Bliskość przyrody ceniła również dwójka mieszkańców Czernichowa. Nie mieszkali w murowanym domu, jak pozostali. Nie zamieszkiwali wiekowej kamienicy przykrytej czerwoną dachówką. Nie wychodzili na ulicę, nie mieli nawet własnego podwórka. Do szczęścia wystarczała im w zupełności barka zacumowana przy prawym brzegu Wisły. Na niej stała drewniana chatka w kształcie prostopadłościanu, z kilkoma oknami i wystającą ponad płaski dach rurą komina. Dookoła domu można było przejść po malutkim podeście, a z przodu i z tyłu było coś w rodzaju werandy. Przy krótszej, frontowej ścianie znajdowały się drzwi. Całość nie była wyższa niż wał, przy którym ów domek był zakotwiczony.

Wspomnianą dwójkę ludzi poznałem rok wcześniej, podczas samotnego spływu Wisłą. Tego dnia w pobliżu nie było nikogo. Nawet hałaśliwy pies, który obszczekał mnie i mój kajak tak intensywnie, że jeszcze przez kilka następnych kilometrów słyszałem dzwonienie w uszach, tym razem opuścił swój posterunek. Byłem jednak pewny, że lokatorzy niezwykłego domku nadal w nim mieszkają – świeże pranie kołyszące się na wietrze i naczynia ułożone przed wejściem były tego niezbitym dowodem.

Dlaczego wybrali akurat takie życie? Może chcieli uciec od wielkomiejskiego zgiełku, mieli dość monotonii życia lub zapragnęli mieszkać w miejscu innym niż wszystkie. Może chcieli być bliżej natury, spędzać każdą wolną chwilę nad Wisłą, którą najwyraźniej bardzo lubili. Może wreszcie skłoniły ich do tego względy finansowe, absurdalne przepisy i procedury budowlane ciągnące się w nieskończoność. Nie jest jednak ważne który z tych czynników ostatecznie zdecydował o przeprowadzce na barkę. Najważniejsze, że ci ludzie czuli się całkowicie swobodnie. Mieli swoją bezludną wyspę na oceanie hałasu, zwykłej codzienności, pośpiechu. Mieszkali blisko, a jednocześnie tak daleko. Chociaż w oczach innych ludzi mogli być dziwakami, to jednak właśnie ta dwójka odkryła jeden ze skarbów Wisły i dobrze znała jego wartość. Skarbem tym była wolność i niezależność.

Do Tyńca dopłynęliśmy solidnie zmęczeni. Przed sobą mieliśmy jeszcze 30 kilometrów wiosłowania w stojącej wodzie, a do tego trzy przenoski, z czego jedną naprawdę długą i męczącą. Przerwa była więc konieczna. Zamówiliśmy w pobliskiej jadłodajni zapiekanki i frytki – posiłek może niezbyt zdrowy, ale za to treściwy i – co ważne – robiony w błyskawicznym tempie. Pochłonęliśmy w mgnieniu oka przyrządzone danie, siedząc na brzegu, u podnóża klasztoru benedyktynów. Kilkanaście metrów wyżej, na wapiennej skale, toczyło się codzienne życie opatów.

Tyniecka bazylika wraz z zabudowaniami klasztornymi powstała w XI wieku. Od tamtej pory zniszczona kilkukrotnie, była świadkiem wielu burzliwych dziejów. Mnisi wprowadzili się tu na stałe dopiero na początku XX wieku. Teraz opactwo stanowi znakomitą atrakcję turystyczną oraz jest miejscem licznych odwiedzin spacerowiczów. Nic dziwnego zresztą. Kamienisty podjazd prowadzi przez wiekową bramę, gdzie znajduje się benedyktyńska restauracja. Serwuje się w niej tradycyjne posiłki przygotowywane ze świeżych produktów i z należytą starannością. Kawałek dalej droga zakręca w lewo i wznosi się wprost na dziedziniec. Można tu zobaczyć kościół, krużganek, muzeum, zabytkową studnię i przepiękną panoramę doliny Wisły. Jest tu też kawiarnia i sklep, w którym sprzedaje się benedyktyńskie produkty – wina, oleje, zioła, miody, konfitury, a nawet kosmetyki. Nie są one niestety produkowane rękoma opatów, a jedynie sygnowane odpowiednią marką. Sklep dba jednak o jakość swoich towarów i sprzedaje naprawdę wysokogatunkowe artykuły. Warto również pospacerować wzdłuż rzeki, przejść się wśród zabytkowych domów i obejrzeć wapienne wzgórze z każdej strony. Podczas spływu Wisłą jest to pozycja obowiązkowa na liście atrakcji do zobaczenia.

W trakcie przenoski na stopniu wodnym Kościuszko towarzyszył nam starszy człowiek. Z werwą zabrał się do pomocy, gdy szarpaliśmy się z ogromnym ciężarem. Jak się później okazało jego syn również był zapalonym obieżyświatem, a on sam zwiedził wiele miejsc na rowerze. Teraz, w podeszłym wieku, zaczął pasjonować się zielarstwem i naturalnymi metodami leczniczymi.
– Zbieram świeże pokrzywy, szczególnie te młode, jasnozielone. Są najlepsze. Leczą dużo schorzeń – zaczął tłumaczyć przeszukując brzeg w poszukiwaniu tychże roślin. – Robię z nich wywar i piję jak herbatę.
– I co? Dobra jest?
– Nie – odparł po chwili zastanowienia starszy pan. – Ale w moim wieku trzeba chwytać się każdego sposobu.

Zrobiło się pochmurno, przez chwilę padał deszcz. Minęliśmy Wawel, kościół na Skałce, nieczynny już hotel Forum, most Retmański, bulwary wiślane. Dla nas była to codzienność – miejsca odwiedzane wielokrotnie, te same kamienice, te same zabytki. Znaliśmy każdy zakamarek na pamięć, wiedzieliśmy gdzie są najlepsze knajpki, gdzie pójść na spacer, która ulica jest najkrótszą drogą do Rynku. Cieszyliśmy się jednak! Oto wpłynęliśmy do naszego „rodzinnego” miasta, zdobyliśmy jakiś szczyt, czuliśmy się wyjątkowo. Miło było zobaczyć po raz kolejny te same zabudowania, ale tym razem z poziomu Wisły. Byliśmy w domu, a jednak z każdym ruchem wiosła na nowo odkrywaliśmy Kraków.

Gdy dopływaliśmy do śluzy Dąbie czekali już na nas moi rodzice. Mieli ze sobą zapasy wody i jedzenia, które miały nam starczyć na kolejne kilka dni. Wśród pożywienia znalazły się kanapki z filetem z kurczaka, pachnąca wiejska kiełbasa, chleb, a nawet upieczone przez mamę ciasto. Były to niebywałe rarytasy w naszej monotonnej diecie złożonej w większości z zupek instant. Z trudnością upchaliśmy to wszystko w kajaku wkładając między nogi te zapasy, które nie zmieściły się w lukach bagażowych. Najważniejszą rzeczą dostarczoną na śluzę był jednak ster z mojego poczciwego, pomarańczowego kajaka. Dzięki niemu, od następnego dnia, komfort podróży miał się znacząco poprawić, a wymęczone ręce miały wreszcie nieco odpocząć.

Rodzice to moi najwierniejsi kibice podczas spływów Wisłą. Tylko oni mają wystarczającą ilość chęci i energii, by odwiedzać mnie w trakcie wypraw. Często to oni są pierwszymi świadkami moich zmagań i równie często jako pierwsi wysłuchują opowieści o wiślanych przygodach. Rokrocznie spotykam ich w tym samym miejscu – przy moście drogowym w Górce. To już pewna tradycja, a mimo wszystko ciągle jestem zaskoczony. Tata zwykle wychodzi mi naprzeciw, mama głośno krzyczy ma mój widok. Później obładowują mnie prowiantem, wodą i masą energii na dalszą podróż. Choćbym nie miał już sił wiosłować przez kolejne kilometry, po takim spotkaniu mogę dopłynąć wszędzie.

Słońce dotykało horyzontu kiedy ostatkiem sił przenosiliśmy kajak na stopniu wodnym Przewóz. Czwarta tego dnia i siódma z kolei przenoska dała nam się we znaki. Porozrzucane na niebie chmury pokryły się czerwienią, a wyspę Pleszowską powoli zaczął ogarniać mrok. Było chwilę po 21-wszej, kiedy ponownie wsiedliśmy do kajaka i odbiliśmy od brzegu w poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg. Niebawem na jednym z zakoli pojawiła się kamienista łacha. Pół godziny później nasz przenośny domek stanął na jej środku. Tym samym dobiegł końca jeden z najtrudniejszych i najcięższych dni całej wyprawy. Przed nami roztaczała się już tylko wolna od przeszkód Wisła i kilkaset kilometrów niesamowitej przygody.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

komentarze 3

    • Próg przy elektrowni w Połańcu okresowo piętrzy wodę. Tak się stało, że podczas moich wypraw nigdy nie był podniesiony. Poza nim jest jeszcze zapora we Włocławku i dużo innych problematycznych miejsc, ale cóż to za przeszkody w porównaniu do dwóch dni mozolnych przenosek? Cóż to za przeszkody jeśli płynie się w towarzystwie zwierząt i dzikiej natury na środkowym i dolnym odcinku Wisły? O to chodziło.