Duży w podróży
Kajakiem przez Polskę – Dzień 10: Wiślany los

Kajakiem przez Polskę – Dzień 10: Wiślany los

Zupka instant na śniadanie smakowała wyśmienicie. Po dolaniu wrzątku zapach posiłku zawisł wewnątrz namiotu i przyjemnie drażnił nozdrza. Nie czekaliśmy zalecanych przez producenta pięciu minut, lecz prawie od razu rzuciliśmy się na parującą zupę. Niby to tylko kawałek sprasowanego makaronu i jakiś proszek w malutkiej saszetce, a wypełniał żołądek jak pierwszej klasy obiad w porządnej restauracji. Dwie porcje na głowę poszły błyskawicznie. Na deser wcisnęliśmy jeszcze po kawałku mlecznej czekolady i zaczęliśmy zwijać obozowisko.

Spokojna woda niosła nas na zachód, między wsiami i miastami będącymi niegdyś ważnymi punktami handlowymi na szlaku Wisły. Przed wiekami pływały tędy drewniane łodzie obładowane zbożem, cukrem, tkaninami. Do Gdańska spławiano drewno, mięso, wyroby drewniane, a nawet wielicką sól. Tani oraz szybki na tamte czasy transport kwitnął w najlepsze. Wisła jako droga wodna miała ogromne znacznie ekonomiczne. Galary oraz szkuty nie trudno było spotkać na całej jej długości. Rzeka dawała dostatnie życie, pożywienie i pracę, a przybrzeżne miejscowości rozwijały się dzięki handlowi. Budowano spichlerze, pałace, zdobione kamienice, a bogactwo zawdzięczano głównie rzece. Potem było inaczej.

Ogromny postęp przemysłu i transportu zepchnął Wisłę na dalszy plan. Z głównego żywiciela dziesiątek miejscowości stała się zwykłą, podrzędną rzeką, do której z biegiem lat trafiało coraz więcej zanieczyszczeń. Próby regulacji i dostosowania drogi wodnej do nowych standardów okazały się zbyt kosztowne, przez co zaniechano dalszych prac. Nim ktokolwiek zdążył się otrząsnąć wymarły plaże, zaprzestano kąpieli, upadło życie kulturalne, zniknęły tradycyjne zawody dające pracę wielu ludziom. Rzeka umarła.

Dziś jest nieco lepiej. Zaczęto modernizować fabryki, elektrownie i oczyszczalnie ścieków, co skutecznie przyczyniło się do redukcji zanieczyszczeń zrzucanych do rzeki. Woda stopniowo staje się czystsza, choć do ideału nadal brakuje wiele. Świadomość społeczna wzrasta, zauważa się nowe możliwości, bogactwa naturalne. Liczne rezerwaty chronią cenną przyrodę. Nad Wisłę trafia wreszcie coraz więcej ludzi, którzy wolne chwile wolą spędzać z dala od betonowych miast. Na nowo tworzy się plaże, przystanie, kawiarnie lub organizuje imprezy plenerowe. Do łask wraca rekreacyjne pływanie tradycyjnymi łodziami drewnianymi. Widać znaczny postęp, a dopóki dobra passa trwa jest szansa na rewitalizację i ponowne wykorzystanie wiślanych walorów.

W zadumie nad losem Wisły dotarliśmy do Wyszogrodu. Spodziewałem się ujrzeć ten sam zalesiony brzeg co kiedyś, ceglany dom tuż przy brzegu, podniszczoną kamienistą przystań, kilku wędkarzy i przęsło drewnianego mostu służące za punkt widokowy. „To mała mieścina. Tu nic się nie zmienia” – mówiłem do siebie w myślach. O bulwary dbano tylko w dużych miastach, dlatego obraz wyszogrodzkiego nabrzeża, jaki został w mej pamięci po kilku poprzednich wyprawach, nie był przesadnie kolorowy. Przekonałem się jednak, że ów obraz mogę natychmiast wyrzucić do kosza.

Pierwszy rzut oka i od razu ogromne zaskoczenie – zniknęło ostatnie zachowane przęsło drewnianego mostu. Włodarze pozbyli się konstrukcji, która może nie wyglądała specjalnie urokliwie, ale była pamiątką po najdłuższym drewnianym moście w Europie. W pobliżu postawiono za to duży, czerwony napis z nazwą miejscowości, a teren starannie uporządkowano. Pojawiły się ławki, plac zabaw, całkiem nowy pomost, przy którym stał wyszogrodzki tramwaj wodny. Wyremontowano amfiteatr, i choć rozmiarem nie konkurował z zadaszoną areną w Płocku, to śmiało mógł pomieścić niejedną imprezę plenerową. Nie mogłem wyjść z podziwu nad efektem prac, jakie zostały przeprowadzone w ciągu kilku miesięcy. Jednocześnie radość napełniała moje serce, bo namacalnym potwierdzeniem pozytywnych zmian nad Wisłą, były takie miejscowości jak Wyszogród.

Przed południem przystanęliśmy na ogromnej wyspie. Większą jej część stanowił piasek wydeptany przez stado krów spacerujących samopas od brzegu do brzegu. Pozostały fragment porośnięty był wystrzyżoną przez ssaki trawą i udekorowany dziesiątkami placków jak bożonarodzeniowa choinka świątecznymi bombkami. Ciężko było się gdziekolwiek ruszyć, by nie wpaść niechcący w… poślizg. Nie zamierzaliśmy jednak zostać długo na „krowiej” wyspie, bo trzęśliśmy się z zimna jak osiki, a przenikliwy wiatr smagał gołe nogi i zaglądał nieproszony pod mokre sztormiaki. Rzuciliśmy sobie tylko porozumiewawcze spojrzenie i zgodnie wsiedliśmy do kajaka po pięciu minutach przerwy.

Kiedy zobaczyliśmy pierwsze zabudowania Płocka na zegarku wybiła godzina 14:00. To absolutny rekord czasowy, najszybszy fragment jaki udało mi się kiedykolwiek przepłynąć. Średnia prędkość tego dnia wyniosła około dziesięciu kilometrów na godzinę nie licząc przerw! Chłód był podstawowym bodźcem, który motywował nas do ciągłego wiosłowania. Mieliśmy tyle energii i samozaparcia, bo nawet jeden krótki postój powodował głębokie dreszcze na całym organizmie.

Zalew tym razem był spokojny. Wykorzystaliśmy sprzyjające warunki i zbliżyliśmy się do prawego brzegu. Minęliśmy dwa mosty, przystań Morka, molo, amfiteatr, potem zwieńczony hotelami i restauracjami charakterystyczny wysoki brzeg, na którym ścieżki krzyżują się w połowie tworząc duży znak X. Na przeciwległym brzegu widniały przemysłowe zabudowania stoczni rzecznej, a przed nami otwarta przestrzeń Zalewu Włocławskiego.

Po kilkunastu minutach dopłynęliśmy do przystani Klubu Żeglarskiego „Petrochemia”. Zaciszna marina, położona na skraju miasta, była idealnym miejscem na nocleg i wypoczynek przed trudami dnia następnego. Przyjaźni ludzie wskazali nam miejsce biwakowe, zaoferowali toaletę, gorący prysznic i możliwość doładowania całego sprzętu elektronicznego. Dostaliśmy najnowsze informacje pogodowe, a ja mogłem również skorzystać z komputera i… zapłacić rachunek telefoniczny, o którym na śmierć zapomniałem przed wyprawą.

Po szybkiej kąpieli ruszyliśmy do centrum. Chwilę szukaliśmy knajpki o odpowiednim, żeglarskim klimacie, lecz ostatecznie trafiliśmy do tajskiej restauracji, mieszczącej się w odnowionej kamienicy naprzeciwko sądu okręgowego. Ślina spływała po języku gdy wertowaliśmy kolorowe menu okraszone pięknymi zdjęciami. Wszystko wtedy smakowało w naszej wyobraźni najlepiej, a same nazwy, choć nie mówiły nam nic szczególnego, niosły ze sobą wyraźny zapach potrawy. Długo nie mogliśmy się zdecydować, ale wreszcie wybór padł na wołowinę w sosie pieprzowym – danie o nazwie na tyle wykwintnej, że już samo jej wymówienie było co najmniej niestosowne podczas dwutygodniowej włóczęgi kajakiem przez Polskę. Stwierdziliśmy jednak, że raz na jakiś czas można zaszaleć, a to odpowiedni moment, aby dobrze zjeść przed trudnym dniem wiosłowania po Zalewie Włocławskim.

– Czy smakował panom obiad? – zostaliśmy zagadnięci przy wyjściu przez wysokiego mężczyznę.
– Był świetny! Pierwszy raz jadłem takie danie i muszę powiedzieć, że warto było do państwa przyjść – odrzekłem.
– Proszę przekazać kucharzowi, że było rewelacyjne – dorzucił jeszcze Kuba.
– Dziękuję, to ja dla panów gotowałem. Muszę się jednak przyznać, że są panowie jednymi z nielicznych, którym smakowało. Z reguły wielu klientów narzeka na to danie.
Szczerze powiedziawszy byliśmy tak wygłodniali, że gdyby kelner przyniósł nam najzwyklejszą chińską zupę z marketu, ale podaną w dużej misce i posypaną świeżymi przyprawami, to cmokalibyśmy z zachwytu nad kunsztem i wiedzą kucharza. Nie zmienia to jednak faktu, że wołowina faktycznie była wyśmienita i w naszej obiektywnej ocenie zasłużyła na dobrą ósemkę w dziesięciostopniowej skali. Dlatego nie mogliśmy pojąć dlaczego tak wielu klientów kręci nosem. Może mają zbyt wyśrubowane wymagania? Za duże oczekiwania? Idę o zakład, że prawdziwymi koneserami dobrego jedzenia nigdy nie byli i nigdy nie będą, a narzekanie mają po prostu w naturze. Nam smakowało i tego się trzymamy!

Wędrując po mieście podziwialiśmy piękne alejki, kamienice, Stary Rynek i niesamowitą panoramę Wisły ze Wzgórza Tumskiego. Spacerowaliśmy bulwarami i oddawaliśmy się chwili odpoczynku. Raz na jakiś czas przystanęliśmy, siadaliśmy na ławce, obserwowaliśmy mieszkańców. Zza chmur wyszło wreszcie słońce, oświetliło zabudowania i ogrzało powietrze. Było jeszcze przyjemniej.

Zrobiwszy zakupy na dalszą drogę zamówiliśmy taksówkę i wróciliśmy do mariny przed umówioną godziną. Potem usiedliśmy przy brzegu na rozgrzanych kamieniach i raczyliśmy się mleczną czekoladą oraz piwem. W blasku zachodzącego słońca wracały do portów żaglówki, łodzie motorowe, pracę kończyły jednostki przemysłowe. Ktoś inny próbował jeszcze wykorzystać resztki dnia na zabawę skuterem wodnym. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Kiedy pierwsze świerszcze rozpoczęły koncert, a gwiazdy zaczęły przejmować kontrolę nad niebem, my układaliśmy się do snu w ciepłych śpiworach. Nazajutrz mieliśmy się zmierzyć z najważniejszym i najgroźniejszym przeciwnikiem na wiślanym szlaku.

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

komentarze 2

  • Jak was czytam,to się zastanawiam-gdzie jest ta rzeka którą tak pięknie opisujecie?!Dla mnie Wisła to tylko kanał,długi,brudny kanał,nic więcej…

  • Może TEN opis przekona wszystkich Jacków, że Wisły na żadnym odcinku nie nie da się porównać z kanałem – nawet w miejscach, w których takim być powinna…! Prawie na całej długości jest fajną, dziką rzeką – co czasem boli, a nawet oburza. Najlepiej oddaje to Michałowa relacja, a potwierdzają dołączone zdjęcia.