Duży w podróży

Zimowe wejście na Babią Górę

Babia Góra (1725 m.n.p.m.) to najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich. Bywa nazywana Diablakiem, a z niemieckiego Diabelskim Szczytem. Chociaż nazwę tę traktować można nieco z przymrużeniem oka, to niejeden turysta wchodzący na Babią doświadczył jej piekielnego charakteru. To wymagający szczyt. Znany z kapryśnej pogody i szybko zmieniających się warunków. W lecie może zaskoczyć gwałtowną burzą, w zimie śnieżycą, często również huraganowym wiatrem. I nawet jeśli na dole świeci słońce, to u góry może być prawdziwe piekło.

Wielokrotnie wchodziłem na Babią Górę. Zawsze latem, zawsze z plecakiem wypchanym z pozoru niepotrzebnymi rzeczami. I zawsze się przydawały. Raz oglądałem wschód słońca na samym szczycie, innym razem spacerowałem w chmurach, a kilka razy maszerowałem czerwonym szlakiem mając nad głową błękitne niebo. Nigdy jednak nie próbowałem zdobyć Diablaka zimą. Aż do dzisiaj.

Ubrałem się ciepło. Gruba czapka uszatka, porządna narciarska kurtka i polar, spodnie i ciepłe kalesony, rękawiczki oraz wysokie górskie buty. Nie miałem raków, ale stwierdziłem, że jakoś sobie poradzę. W plecaku zapasowe wszystko, co mogłem zabrać. Bluza, softshell, dodatkowa kurtka, skarpety, szalik. Obowiązkowo aparat fotograficzny i najważniejsze – termos z gorącą herbatą.

_DSC6830

Wyruszyłem jeszcze o zmroku. Początek stromy – trochę się ślizgałem i traciłem przy tym mnóstwo energii. Szlak niby wydeptany i twardy, ale pod śniegiem utworzył się miejscami lód. Nie było świeżych śladów. Nikt przede mną nie wchodził. Wkrótce jednak wyprzedził mnie turysta w rakach i od tej pory miałem jego trop na oku.

Powyżej Sokolicy dostrzegłem poświatę wschodzącego słońca. Widać było też piękny zarys Tatr, ale było jeszcze zbyt ciemno, by zrobić jakieś przyzwoite zdjęcie. Nie mogłem wyjść z podziwu jak niedaleko trzeba przejść, aby zobaczyć coś tak niesamowitego. Plan zakładał obejrzenie wschodu z Babiej Góry, ale już wtedy wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Szczyt tonął w chmurach i nie zanosiło się na zmiany.

Wiatr gwizdał między drzewami. Im wyżej, tym bardziej halny zaczął się rozkręcać. Minąwszy pasmo drzew wszedłem w kosodrzewinę. Tam dodatkowo zarzuciłem na głowę kaptur. Szlak stał się bardziej łagodny, więc szło się całkiem przyjemnie. Dopiero gdy kosodrzewina przestała mnie osłaniać, a ja wkroczyłem między chmury, poczułem prawdziwą siłę i chłód wiatru.

_DSC6844

Widoczność spadła do kilku metrów. W okół bezkresna biała przestrzeń. Zupełnie jak krajobraz księżycowy bez początku i końca. Obracałem się we wszystkie strony świata, lecz widziałem tylko rozwianą pokrywę śnieżną znikającą za ścianą mleka. Jedynym drogowskazem w tych warunkach była skromna, ledwie widoczna ścieżka wydeptana przez poprzedników oraz ślady człowieka w rakach. Trzymałem się uważnie wytyczonej drogi, bo nawet tyczki wskazujące kierunek marszu ginęły w białej otchłani i widać je było tylko co jakiś czas. Nie trudno w takich okolicznościach zabłądzić, pójść nie tam gdzie trzeba. A wtedy do głosu dochodzi dezorientacja, panika, strach. Łatwo o wypadek, a przy takim wietrze o bardzo szybkie wyziębienie i śmierć. Taka myśl uderzyła mnie niespodziewanie, kiedy szedłem walcząc o utrzymanie równowagi. Wiatr zwalał z nóg, zapierał dech w piersiach, uderzał z przerażającą siłą. Podrywał miliony kryształków lodu, które wbijały się w twarz jak miliony igiełek. 110 kilometrów na godzinę w partiach szczytowych. Taką prędkość wiatru szacowali meteorolodzy.Nie mogłem się zatrzymać. Wiatr momentalnie zrobiłby ze mnie lodowy sopel. Zresztą i tak oszroniony byłem od stóp do głów. Kurtka okazała się moim zbawieniem. Kiedyś sądziłem, że zdecydowanie przepłaciłem i to tylko mój kaprys, że ją posiadam, ale na tą chwilę poznałem jej prawdziwą wartość.

_DSC6790

Sytuacja stała się niebezpieczna. Systematycznie, krok po kroku szedłem w górę. Wiatr szarpał mną i próbował przewrócić, ale ja nie zamierzałem zrezygnować. Kiedy wreszcie osiągnąłem szczyt natychmiast schowałem się za kamienną ścianą. To genialna osłona, szczególnie na Diablaku. Za tym murem szalało białe piekło, z którego dopiero co wyszedłem, i w które za chwilę musiałem wejść ponownie. Nie było czasu na wyciąganie aparatu, nie było czasu na kontemplację, nie było czasu na odpoczynek. Od razu wypiłem całą herbatę, zapiąłem plecak i ruszyłem w drogę powrotną. Nie wiem czy spędziłem na Babiej nawet 5 minut.

Powrót równie ciężki, ale już wiedziałem co mnie czeka. Na szczęście pokrywa śnieżna była na tyle twarda, że wiatr nie zacierał śladów. Schodziłem więc tą samą ścieżką o szerokości nie większej niż pół metra. Wicher podcinał nogi i szarpał za kaptur. Po drodze minąłem dwóch turystów schowanych za kupą kamieni. Nie zatrzymywałem się. Chciałem jak najszybciej zejść niżej.

Osiągnąwszy pasmo kosodrzewiny wszystko wróciło do normy. Widać było wyraźną granicę między nieprzyjaznym i wietrznym wierzchołkiem, a zalesioną partią szlaku. Wyjąłem wreszcie aparat i pstryknąłem kilka fotek. To jedyny moment kiedy mogłem to zrobić. Wyszło słońce, wiatr odpuścił, a z przeciwka zaczęli nadciągać pierwsi turyści.
– Jak warunki na szczycie? – pytali.
– Jest ciężko. Bardzo silny wiatr i słaba widoczność – odpowiadałem.
Reakcje były różne. Część patrzyła na mnie z niedowierzaniem, inni przytakiwali ze zrozumieniem, co jednocześnie oznaczało, że dobrze wiedzą czym Babia Góra może zaskoczyć.

Z każdym krokiem byłem coraz niżej. Podziwiałem malownicze tereny i ośnieżone wzgórza. Niby o tej porze roku powinna być już wiosna, ale przecież to Diablak – tu zawsze jest inaczej. Tuż przed finiszem zaliczyłem jeszcze zjazd na butach zwieńczony efektownym lądowaniem na tyłku. W samochodzie zrzuciłem z siebie przemoczone rzeczy i już całkiem spokojnie wróciłem do domu.

Niestety zdjęcia nie oddają w żaden sposób opisanej części szlaku. A było jak na początku tego reportażu: https://www.youtube.com/watch?v=p8UNJaQiCys

Michał

Mistrz Europy Centralnej, dwukrotny Mistrz Słowacji i Wicemistrz Polski w klasie w rajdach samochodowych. Czterokrotnie przepłynął Wisłę od źródeł do ujścia. Poszukiwacz przygód i nowych możliwości. Pasjonat podróży, fotografii, motoryzacji, sportów ekstremalnych i jazdy na rowerze.

Dodaj komentarz